DZIEŃ 3: FRYTKI Z MAKA, KAKTUSY I JEZIORO
Promienie słońca niezgrabnie przeciskały się przez cienkie zasłony, jakby same nie były pewne, czy wypada nas budzić. Wstawać się nie chciało. Łóżko było wygodne i ogromne. Tak ogromne, że spokojnie zmieściłaby się na nim jeszcze jedna osoba i to nie w przysłowiowych „nogach”. Tym bardziej śmieszyło nas wspomnienie sprzed dwóch dni, kiedy pan z recepcji z autentycznym zdziwieniem dopytywał, czy na pewno chcemy pokój tylko z jednym łóżkiem king size, a nie dwoma 😉Śniadanie postanowiliśmy zjeść na mieście i to w miejscu absolutnie kultowym. W pierwszy, wciąż działającym McDonald’s w Downey. Obok małe muzeum, które przenosi wprost do lat 50. Stare menu, plakaty, zabawki z Happy Meal, czyli solidna porcja nostalgii. Było dużo frytek, trochę historii i zapach smażonego oleju zmieszanego z amerykańskim snem. Duża kawa na wynos i można było ruszać dalej.
Plan na resztę dnia był prosty -wizyta w pierwszym parku narodowym na naszej trasie – Joshua Tree. Do samego końca nie byliśmy jednak pewni, czy plan w ogóle wypali. W USA trwał wtedy shutdown, czyli częściowe zawieszenie działalności administracji federalnej. W praktyce oznaczało to zamknięte parki, muzea, opustoszałe urzędy i ludzi pracujących bez pensji. Oficjalna strona parku co prawda informowała, że jest otwarty, ale w wersji „light”- bez gastronomii, przewodników i sklepów z pamiątkami. Stres był ale na miejscu spotkała nas miła niespodzianka. Uśmiechnięta pani strażniczka wręczyła nam mapkę parku i uprzejmie wyjaśniła, że nie może wziąć od nas żadnych pieniędzy. I tak oto zwiedziliśmy kalifornijski park narodowy, nie płacąc ani jednego, złamanego centa.
Joshua Tree to pustynia, egzotyczne rośliny i całe morze kaktusów porozrzucanych między skałami o fantazyjnych kształtach. Są szlaki prowadzące przez malownicze doliny, ale naszym celem był Ogród Kaktusów Cholla. Trzeba było jakoś zmotywować czterolatkę. Skały nie robiły na Polce absolutnie żadnego wrażenia, za to kaktusy – to już inna historia. A, że mieliśmy spędzić ze sobą prawie trzy tygodnie, zależało nam na zgodzie i kompromisach. Choć, patrząc z perspektywy czasu, to my głównie szliśmy na ustępstwa – Polka była stałym beneficjentem układów😉 Kaktusy faktycznie robiły wrażenie. Polka biegała wokół nich jak szalona. Do czasu. Bliskie spotkanie trzeciego stopnia skutecznie zniechęciło ją do posiadania kaktusa w domu. Kaktusom mówimy zdecydowane NIE. Trzy grube kolce wbiły się w Jej stopę, a krzyk i płacz przegoniły wszystkich turystów w promieniu kilkudziesięciu metrów 😉 Teraz z tego żartujemy, ale wtedy nikomu nie było do śmiechu. Kolce cholli, zakończone haczykami niczym te wędkarskie, wyciąga się wyjątkowo trudno. Wojtek ze swoich butów usuwał je jeszcze przez kolejny tydzień.
Po takich emocjach jednogłośnie uznaliśmy, że na dalsze kalifornijskie podboje nie mamy już siły. Kierunek – Lake Havasu City. Po zostawieniu bagaży wyszliśmy na krótki spacer, a dzień zakończyliśmy pizzą i wielką paczką żelek w knajpie z widokiem na most londyński. Tak, ten most, oryginalny, XIX-wieczny, przeniesiony z Londynu do Arizony w latach 60., bo ktoś uznał, że będzie tu pasował. I pasuje. Do jutra!
DZIEŃ 4: KURZ, OSŁY I CUD NATURY
Od samego rana wszystko układało się idealnie. Wstaliśmy w wyśmienitych humorach, słońce zaglądało przez okno, a w powietrzu czuć było zapowiedź małej przygody. Pola zeszła na śniadanie w stroju superbohaterki, który dzień wcześniej wypatrzyliśmy w markecie. Peleryna powiewała za nią przy każdym kroku, a ona była gotowa ratować świat, albo przynajmniej podbić Arizonę. A ta potrafi skutecznie namieszać w głowie. Wygląda jak miejsce, w którym ktoś zmiksował pustynie, góry, kosmiczne krajobrazy i klimat rodem z westernu, dodając do tego szczyptę południowego luzu. I właśnie w takim nastroju ruszyliśmy w drogę, a kierunek był tylko jeden – Oatman.
Oatman przywitało nas jak scena z dzikiego zachodu. Drewniane fasady, kurz unoszący się nad ulicą i osły, które najwyraźniej uznały tę okolicę za swoje królestwo. I właśnie one były dla Poli absolutnym hitem dnia. Obiecaliśmy spotkanie z nimi jeszcze przed wyjazdem, więc od samego rana nie mówiła o niczym innym. Ten błysk w oku, ta dziecięca ekscytacja i odliczanie każdego kilometra do spotkania z „prawdziwymi osłami z westernu” były po prostu bezcenne. A gdy w końcu je zobaczyła, reszta świata przestała się liczyć. Głaskała je, karmiła, zagadywała jak starych znajomych i oczywiście kazała im pozować do zdjęć na pamiątkę. Osły wyglądały na lekko zdezorientowane, ale dzielnie współpracowały. W końcu nie codziennie trafia się im własna mała super bohaterka z aparatem.
Choć Oatman określane jest mianem ghost town, emanuje atmosferą zupełnie oderwaną od reszty świata. A to był dopiero początek. Potem legendarną Route 66 ruszyliśmy w stronę Seligman. Drogą, która pachnie benzyną, przygodą i amerykańskim snem o wolności. To nie jest zwykły asfalt. To Matka Dróg, która przez lata łączyła Chicago z Los Angeles i stała się ikoną filmów, piosenek i podróżniczych marzeń. Choć oficjalnie zniknęła z map autostrad w 1985 roku, nadal żyje jako turystyczny szlak pełen neonów, moteli, knajpek i miasteczek wyglądających jak zatrzymane w czasie. Droga wiła się między pustynią, górami i bezkresnymi przestrzeniami, a każdy kilometr wyglądał jak gotowy kadr z filmu drogi. Pola wypatrywała kolejnych znaków Route 66, my chłonęliśmy widoki i mieliśmy to przyjemne uczucie, że dokładnie tak powinno się zwiedzać Amerykę. Seligman przywitał nas kolorami, starymi samochodami zaparkowanymi pod barami i klimatem, którego nie da się podrobić. To jedno z tych miejsc, które żyją legendą Route 66 i robią to z uśmiechem. Spacer po miasteczku był jak przechadzka po planie filmowym. Trochę nostalgicznie, trochę bajkowo i absolutnie uroczo.
Po Oatman i legendarnej Route 66 pojechaliśmy dalej, w stronę miejsca, które od lat siedziało nam w głowie. Wielki Kanion Kolorado. Ten z pocztówek, plakatów, puzzli i wszystkich możliwych kalendarzy świata. W samochodzie zdążyliśmy już przerobić temat biletów, kolejek, wejściówek i turystycznego chaosu. Mentalnie byliśmy gotowi na stanie w długich kolejkach do kas biletowych, a tu proszę, kolejna niespodzianka. Wstęp za darmo. Najwyraźniej tego dnia los był po naszej stronie. I bardzo dobrze, bo humor mieliśmy bojowy.
Gdy dojechaliśmy na miejsce i wyszliśmy z samochodu, przez chwilę serio myśleliśmy, że ktoś wkleił tam ogromny obrazek. Tak idealny, tak nierealny, jakby ktoś w Photoshopie przesadził z kontrastem i nasyceniem kolorów. Kanion wyglądał jak gigantyczna pocztówka w wersji 3D. Patrzyliśmy i nie do końca wierzyliśmy, że to nie jest makieta. Wielki Kanion Kolorado robi wrażenie nawet na tych, którym wydaje się, że widzieli już wszystko. Potęga tego miejsca, wielowarstwowe kolory i cisza wypełniająca tę ogromną przestrzeń sprawiają, że człowiek czuje się taki mały i tak bardzo uprzywilejowany, mogąc to oglądać. Kręciliśmy się od jednego punktu widokowego do drugiego, robiąc zdjęcia, które i tak nie oddawały nawet połowy tego, co widziały oczy. Kanion zmieniał kolory z każdą minutą, jakby ktoś co chwilę przełączał filtr. Gdy słońce powoli chowało się za horyzontem, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy dalej, zostawiając za sobą kanion i jadąc w stronę ciszy i absolutnego spokoju. Noc w drewnianym domku na odludziu była idealnym zakończeniem dnia – tylko my, natura i miliony gwiazd.













































































Skomentuj