Marzenie o wyprawie po zachodnich Stanach dojrzewało w nas od dawna. Gdzieś z tyłu głowy, między codziennością a kolejnymi planami „na potem”, regularnie wracała ta sama myśl: kiedyś polecimy do USA. W 2020 roku pomysł w końcu zaczął nabierać realnych kształtów. Bilety były niemal w kieszeni, ekscytacja rosła, wizja spełnionego snu była na wyciągnięcie ręki. I wtedy pojawił się COVID. Świat uznał, że robi przerwę. Z perspektywy czasu myślimy jednak, że tak właśnie miało być. Bo zamiast w duecie, w tę podróż ruszyliśmy we trójkę – z naszą małą Podróżniczką. I choć o wyjeździe marzyliśmy latami, bilety kupiliśmy dwa tygodnie przed wylotem 🙂
Wylot z Warszawy. Oczywiście wszystko ogarniane na ostatnią chwilę. Praca, praca i jeszcze trochę pracy. Do stolicy pojechaliśmy dzień wcześniej. Wieczorem kolacja, szybki przegląd bagaży i do łóżek. W nocy obudził nas dźwięk SMS-a: poranny lot odwołany. O co to, to nie 🙂 Ta wiadomość postawiła nas na równe nogi skuteczniej niż najmocniejsza czarna kawa. Finalnie zmienił się tylko przewoźnik i miejsce przesiadki. Zamiast Amsterdamu był Paryż, godzina wylotu bez zmian, a do Los Angeles dotarliśmy nawet szybciej, niż zakładał pierwotny plan. Sama podróż minęła spokojnie. Filmy na Netflixie, całkiem przyzwoite jedzenie. Pola spała, jadła, rysowała, naklejała i dzielnie rozwiązywała zadania z książki dla czterolatków – jak na wzorowego przedszkolaka przystało 😉 O 11:00 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Los Angeles. Odbiór bagaży i prosto do wypożyczalni aut. Samochodu z rezerwacji nie było, więc zamiast niego wyjechaliśmy białym Bronco, dokładnie takim samym (różnił się tylko kolor), jakie Wojtek zbudował z LEGO kilka tygodni wcześniej i które do dziś zdobi naszą szafkę pod telewizorem.
Do hotelu dotarliśmy około 15:00. Wydawało nam się, że to wszystko pójdzie znacznie szybciej, ale Los Angeles skutecznie uczy pokory. Odległości i ruch drogowy robią swoje. Hotel blisko plaży. Prysznic, zmiana ubrań i popołudniowy spacer po Santa Monica. Taki był plan. Jet lag, dziewięć godzin wstecz, szybko zweryfikowały rzeczywistość. Nasza mała Podróżniczka zasnęła nam na rękach zaraz po wyjściu z hotelu. Wróciłyśmy do pokoju, a Wojtek ruszył na przysłowiowe zwiady. Po chwili stwierdził, że zna to miasto jak własną kieszeń. W końcu za młodu „jeździł” po nim w GTA. I, co więcej, kradł samochody z parkingów 🙂 Wrócił wieczorem z jedzeniem z amerykańskiego Maka. Pierwszy dzień w Stanach zakończyliśmy bez fajerwerków. Za to z ogromnym uśmiechem i poczuciem, że właśnie zaczęła się nasza wielka zachodnioamerykańska przygoda.
DZIEŃ 2: W MIEŚCIE ANIOŁÓW
Los Angeles – Miasto Aniołów, które od dekad rozpala wyobraźnię świata. Tu podobno spełnia się American Dream, choć czasem ten sen potrafi mieć bardzo różne oblicza. Z jednej strony błyszczące witryny luksusowych butików i palmy kołyszące się na tle nieba jak z pocztówki, a z drugiej rzędy namiotów bezdomnych rozstawione kilka ulic dalej. Kontrasty są wpisane w DNA tego miasta, które przez większość roku kąpie się w słońcu, a termometr rzadko pokazuje tu mniej niż 20°C. To właśnie tutaj zaczęła się nasza kalifornijska przygoda. To co, zaczynamy!
Wstaliśmy w wyśmienitych nastrojach. Prawie wyspani. Plan był prosty: Santa Monica, Venice Beach i napis Hollywood. Trzy klasyki w jeden dzień. W teorii szybka akcja, w praktyce całkiem spora przygoda. Najpierw śniadanie w amerykańskim stylu. Porcje, które spokojnie mogłyby wyżywić małą rodzinę, i czarna kawa w wielkim kubku, dolewana z dzbanka przez panią krążącą między stolikami. Prosto, klasycznie i dokładnie tak, jak lubię. Kiedy nasze brzuchy były już pełne, wyruszyliśmy na eksplorację okolicy. Kierunek: ocean. I tu nastąpiło pierwsze zderzenie z amerykańską skalą. W Stanach wszystko jest duże. Nawet plaże. Długie, rozległe, piaszczyste, ciągnące się aż po horyzont. Było jeszcze względnie pusto, przynajmniej jeśli chodzi o turystów. Za to lokalny folklor mieliśmy okazję zobaczyć z bardzo bliska. Ludzi koczujących, budzących się do kolejnego dnia swojej trudnej egzystencji, żyjących w ubóstwie, nałogach i brudzie, a jednocześnie pełnych energii, którą próbują wykorzystać, zarabiając na życie rozmaitymi „występami”.
Santa Monica przywitała nas szerokim molo, na którym mieszały się śmiech dzieci, stukot kółek deskorolek i muzyka ulicznych artystów. Na końcu molo kręci się rollercoaster, błyszczy karuzela wenecka, a powietrze pachnie popcornem i solą morską. Usiedliśmy na słynnej ławce Foresta Gumpa przed restauracją Bubba Gump Shrimp i mimowolnie padło: „My name’s Forrest Gump. People call me Forrest Gump.” Obowiązek zaliczony. Stąd widać też znak kończącej się Route 66 – legendarnej drogi przecinającej Stany od Chicago po Los Angeles. „End of the Trail”. Koniec trasy, ale początek wspomnień. Potem spacerkiem 3 kilometry do Venice Beach. Zupełnie inna bajka. Tętniąca życiem, hałaśliwa, pełna barw. Słynna kolorowa budka ratownika, skate park, gdzie ludzie latają nad betonem jakby grawitacja była opcjonalna, i murale, które wyglądają jak żywa galeria sztuki pod gołym niebem. Tu każdy wygląda, jakby przybył z innej planety, ale wszyscy zdają się doskonale rozumieć klimat tego miejsca. W powietrzu unosi się zapach jedzenia z food trucków, z głośników leci funk, a Venice ma energię, której nie da się zamknąć w słowach. Trzeba ją po prostu przeżyć.
Po kilku godzinach wróciliśmy taksówką do hotelu, a potem już własnym autem ruszyliśmy w stronę kolejnej ikony. Hollywood. Byliśmy w październiku, a parkingi i tak pękały w szwach. Najpierw Griffith Observatory. Zwiedzanie samego obserwatorium, galerii wystaw i tarasów widokowych jest bezpłatne, jedynym wyjątkiem są pokazy w planetarium, na które zwykle trzeba kupić bilet. Dla Polki i tak brzmiało to jak najlepsza oferta dnia. U nas w domu od dawna rządzi książka o kosmosie, a wieczorami do poduszki każe czytać sobie o planetach i czarnych dziurach. Wizyta w planetarium była więc tylko dopełnieniem tej jej nieziemskiej pasji. Jak sama twierdzi, gdy dorośnie, poleci w kosmos i oczywiście zabierze nas ze sobą 🙂 No my nie możemy się doczekać! 🙂
Widok na miasto robi wrażenie, nawet jeśli widziałeś go już tysiąc razy w telewizji. Potem Lake Hollywood i słynny napis z bliska. Może nie jest aż tak monumentalny jak na wielkim ekranie, ale ma w sobie tę magię. Patrzysz i nagle czujesz się jak bohater własnego filmu.
Po drodze obiad w meksykańskiej knajpie. I oczywiście porcje jak dla oddziału wojska po całym dniu manewrów. Wieczorem wróciliśmy nad ocean. Bluza do ręki, bo kalifornijskie słońce zaczęło powoli znikać za horyzontem. Zachód słońca w Santa Monica to ten moment, gdy niebo wygląda, jakby ktoś wylał na nie złoto i róż, bez umiaru i bez pytania o gust. Ludzie zwalniają, jedni siadają na piasku, inni wyciągają telefony, a ocean spokojnie odbija ostatnie promienie dnia. Przez chwilę wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno.
Wyświetl ten post na Instagramie
A potem znowu molo. Bo Polka od rana powtarzała jedno: diabelski młyn. Ja do takich atrakcji się nie nadaję, więc Ona i On z uśmiechami na twarzach pobiegli po bilety na Santa Monica Pier. I jak się na sam koniec naszej wyprawy okazało, to właśnie ta przejażdżka zapadła jej w pamięć najbardziej. Światła, widok na nocne Los Angeles i wiatr we włosach zrobiły robotę. Gdybyśmy wiedzieli, że wystarczy karuzela, serio nie gnaliśmy tysięcy kilometrów przez ocean 😉 Na kolację porcja naprawdę dużych lodów. Takich, które spokojnie mogłyby uchodzić za pełnowartościowy posiłek 😉 W planach był spacer w blasku gwiazd i księżyca, powolny powrót do hotelu i chwila „wow, jesteśmy w Kalifornii”. Rzeczywistość zweryfikowała to szybko, bo Polka zasnęła nam na rękach. Po takim dniu zupełnie mnie to nie zdziwiło. Jedyny problem polegał na tym, że waży już swoje (15 kilogramów nie w kij dmuchał), a noszenie jej przez kilka kilometrów nocą było absolutnie poza zakresem naszych możliwości. Skończyło się więc taksówką, szybkim wypadem do nocnego marketu i prostą drogą do łóżek. Los Angeles było naszym pierwszym przystankiem i już wtedy było jasne, że ta podróż będzie wyjątkowa. To miasto ma w sobie coś takiego, że człowiek potrafi uwierzyć, że wszystko jest możliwe. A słońce faktycznie świeci tu dokładnie tak, jak w filmach.



































Skomentuj