DZIEŃ 5: KANION ANTYLOPY, HORSESHOE BEND I NOCLEG W PAGE
Pobudka była brutalna. Sen krótki, bo jak tu spać, kiedy do późnych godzin siedzi się, rozmawia, popija białe wino i snuje wielkie plany na kolejny dzień. Ameryka nocą sprzyja filozoficznym rozmowom i spontanicznym decyzjom, które zawsze wydają się genialne, do momentu, gdy trzeba wstać o świcie. A propos dnia wczorajszego. Między jednym kieliszkiem a drugim, stwierdziliśmy, że sprawdzimy godziny otwarcia kolejnego celu naszej wycieczki – Kanionu Antylopy. Ot, tak mimochodem. No więc sprawdziliśmy. I dobrze, bo okazało się, że kanion leży na terenie rezerwatu Navajo i nie jest częścią systemu parków narodowych. Czyli teoretycznie otwarty cały rok, chyba że dojdzie do zalania w wyniku powodzi. Ale jest jeden drobny szczegół – zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem z plemienia Navajo i tylko po wcześniejszej rezerwacji. No i tutaj strach zajrzał nam w oczy. Rezerwacji nie mieliśmy. Terminów na kolejny dzień brak. Urlop miał sztywne ramy czasowe, zero miejsca na przesuwanie planów a Kanion Antylopy był punktem obowiązkowym. Szybki rekonesans w Internecie, kilka nerwowych kliknięć i w końcu trafiliśmy na ofertę GetYourGuide. Było jedno wolne wejście do Lower Antelope Canyon (a do wyboru są trzy różne kaniony, każde z osobnym wejściem i godziną zwiedzania). Kamień z serca. Dosłownie. Grubo po północy poszliśmy spać z poczuciem, że uratowaliśmy dzień numer cztery.
Na śniadanie klasyka podróżnika – kanapki z żółtym serem i obowiązkowo duża, czarna, mocna kawa. Taka, która stawia na nogi po kilku godzinach snu. A i tabliczka białej czekolady – tak, wiem, niezdrowe, ale życie jest za krótkie, żeby liczyć kalorie na wakacjach.
Ruszamy do Page (tam kolejny przystanek na nocleg). Przed nami kolejne kilometry, a w rękach upragnione, przypłacone snem wejściówki do Kanionu Antylopy. Droga mijała nam przy głośnym śpiewaniu hitów z playlisty i obowiązkowych żelkach, które znikały w oka mgnieniu. Pełna sielanka, aż nagle nasze zegarki zaczęły wariować. Każdy pokazywał co innego. Nawigacja swoje, telefony jeszcze inaczej, a my staliśmy w samym środku tego czasowego chaosu, nie mając pojęcia, która właściwie jest godzina. Po krótkim śledztwie wyszło na jaw, że rezerwat stosuje czas letni, podczas gdy większość Arizony nie, więc latem wskazówki ich zegarków “spieszą” się o godzinę. Na początku śmialiśmy się z całej sytuacji, ale chwilę później dotarło do nas, że właściwie to nie wiemy, o której godzinie mamy zwiedzanie kanionu. Zrobiło się trochę nerwowo. Zapadła szybka decyzja – jedziemy pod drzwi agencji turystycznej sprawdzić, jaki czas pokazywał ich zegar. Nie chcieliśmy przecież ryzykować – o bilety walczyliśmy jak lwy a już widzieliśmy oczami wyobraźni, jak ktoś inny zajmuje nasze miejsca. O co, to, to nie! Jakby tego było mało, zaczęło porządnie padać. Idealnie, dokładnie tego brakowało. W głowie tylko jedna myśl: oby tylko nie odwołali wycieczki. No ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Na niebie pojawiła się tęcza. To dobry znak.
Kanion Antylopy sprawia wrażenie, jakby ktoś ustawił ultra-realistyczną fototapetę z Windowsa w wersji premium i zapomniał powiedzieć, że to jest prawdziwe miejsce. Wąskie korytarze, tańczące światło i skały wyglądające jak ręcznie tworzone rzeźby robią tu takie wrażenie, że trudno uwierzyć, że to wszystko stworzyła natura. A jednak. Zero Photoshopa, zero filtrów, tylko woda, piasek i czas. Największą atrakcją są promienie słońca wpadające do wnętrza kanionu. W południe światło dosłownie „spływa” po ścianach, tworząc złote i pomarańczowe smugi, które wyglądają jak scenografia do filmu. Każdy zakręt korytarza to nowy kształt i nowa iluzja. Raz skały przypominają fale, raz zasłony, a czasem gigantyczne, kamienne płomienie. Polka była zachwycona. Nie odstępowała przewodniczki na krok i ogłosiła, że kiedy dorośnie, będzie oprowadzać turystów dokładnie tak jak ona😉 I szczerze, trudno się dziwić. Jeśli jakieś miejsce potrafi rozbudzić marzenia o byciu odkrywcą, to właśnie Kanion Antylopy. Tu nawet dorosłym wraca dziecięca potrzeba patrzenia z otwartą buzią.
Po zwiedzaniu kanionu pojechaliśmy na zachód słońca do Horseshoe Bend, czyli tego słynnego miejsca, gdzie rzeka Kolorado robi ogromną podkowę. Przynajmniej taki był plan. Bo Polka miała na ten wieczór zupełnie inny scenariusz. Zero współpracy. Był za to płacz, negocjacje bez szans na sukces i niekończące się „na ręce”. Droga na punkt widokowy bardziej przypominała akcję ratunkową niż romantyczny spacer. Na miejsce dotarliśmy dosłownie na ostatnie promienie słońca, ale widok i tak zdążył nas zachwycić.
Zanim wróciliśmy do hotelu, pojechaliśmy jeszcze coś zjeść, bo wiadomo, człowiek głodny to człowiek zły😉 I o ile będąc jeszcze w Los Angeles w ogóle nie czuliśmy, że jesteśmy tysiące kilometrów od domu, to teraz ta pewność była już stuprocentowa. Indiańska uroda była dosłownie wszędzie, a my mieliśmy wrażenie, że gramy epizod w typowo amerykańskim filmie. Brakowało tylko napisów końcowych i charakterystycznej muzyki w tle. To był długi ale piękny dzień.
DZIEŃ 6: MONUMENT VALLEY I NAJSŁYNNIEJSZA DROGA ŚWIATA
Wstaliśmy rano naładowani energią, z głowami pełnymi planów i lekkim niedowierzaniem, że to wszystko dzieje się naprawdę. Szybkie pakowanie, kawa na rozruch i ustawiona nawigacja. Cel – Monument Valley. Ruszamy. Po niecałych dwóch godzinach jazdy wjechaliśmy do kolejnego stanu. Welcome Utah! Nowy rozdział podróży właśnie się zaczął, a zaraz za granicą z Arizoną czekało już Monument Valley. Z płaskiej ziemi nagle wyrastają ogromne, charakterystyczne formacje skalne. Przestrzeń jest tak wielka, że człowiek po prostu patrzy i nie dowierza własnym oczom. Zatrzymywaliśmy się co chwilę, bo widoki były absolutnie nieziemskie. Monument Valley to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w USA, należące do plemienia Navajo. To tutaj kręcono dziesiątki filmów i westernów. Czerwone skały zmieniają kolor w zależności od światła, a pustynna cisza sprawia, że człowiek ma wrażenie, jakby znalazł się na innej planecie.
Po tej uczcie dla oczu pojechaliśmy dalej w stronę legendarnego punktu Forresta Gumpa. To właśnie tutaj, na drodze US Route 163, kręcono jedną z najbardziej znanych scen filmowych, gdy Forrest kończy swój bieg przez Amerykę. Idealnie prosta droga ciągnie się aż po horyzont, a w tle widać monumentalne czerwone skały Monument Valley. Nic dziwnego, że to jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w tej części kraju. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić własnego „run, Forrest, run”. Asfalt ciągnął się jakby w nieskończoność, a krajobraz wyglądał jak gotowa scenografia filmowa.
Potem wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do hotelu. Pogoda zmienił się diametralnie. Z upalnego dnia zrobiło się pochmurno i deszczowo. Lało jak z cebra, a chwilę później śnieg 🙂 Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na małe zakupy, a wieczorem, zmęczeni po całym dniu pełnym wrażeń, zamówiliśmy jedzenie do pokoju. Tym razem wygrała kuchnia włoska. Na stole wylądowały makarony i pizza. Ciepła kąpiel, miękkie łóżko i szybkie ładowanie baterii. Jutro kolejny park narodowy. Przygoda trwa dalej.























Skomentuj