Ten dzień od początku zapowiadał się podejrzanie dobrze. Bez pośpiechu, bez marudzenia i, co najbardziej zaskakujące, bez porannej walki z rzeczywistością. Nawet fakt, że musieliśmy wstać wcześniej, niż wypadałoby na wakacjach, nie był w stanie zepsuć nam humoru. A to już znak, że plan był naprawdę dobry.
Celem była laguna Kaan Luum. Z hotelu niecałe pół godziny drogi, ale wszyscy mądrzy ludzie w internecie byli zgodni co do jednego: im wcześniej, tym lepiej. Cisza, spokój, mniej turystów i woda w tym idealnym, nierealnym odcieniu turkusu. Brzmiało uczciwie, więc nie dyskutowaliśmy.
Śniadanie zjedliśmy ekspresowo. Szef kuchni tym razem postawił na klasykę gatunku, czyli płatki z mlekiem, serwowane prosto do hotelowego łóżka😉Minimalizm. Potem szybkie pakowanie, klapki na nogi i w drogę. Na miejscu byliśmy kilka minut po 9:00 i tak, byliśmy pierwsi. Laguna dopiero się budziła, a my razem z nią. Bilety można było kupić wyłącznie za gotówkę. Za naszą dwójkę zapłaciliśmy 600 peso, za Polkę 100, a dodatkowe 250 peso kosztowała możliwość użycia drona. W sumie wyszło około 175 zł. Na wstępie zostaliśmy poinformowani, że ze względu na ochronę ekosystemu wodnego podczas pływania nie wolno używać kremów do opalania. I bardzo dobrze, bo to właśnie dzięki temu miejsce wygląda tak, jak wygląda.
Kaan Luum nie krzyczy „atrakcja turystyczna”. Jest tu spokój, natura i wrażenie, że trafiło się gdzieś trochę obok głównego szlaku. Laguna jest słodkowodna i szczególnie popularna wśród miejscowych, co zawsze jest dobrym znakiem. W samym jej środku znajduje się głęboka cenota, sięgająca kilkudziesięciu metrów w głąb. Z góry wygląda niepozornie, ale dostęp do niej mają wyłącznie doświadczeni nurkowie i ekspedycje naukowe. Reszta może podziwiać jej kolor, który zmienia się wraz z głębokością i światłem. Hipnotyzujące to mało powiedziane.
Polka i ja odpoczywałyśmy na hamakach, a Wojtek próbował uchwycić to całe piękno z lotu ptaka. I wtedy pojawił się pan z obsługi z prośbą o paragon potwierdzający opłatę za drona. Problem w tym, że papierka nie mieliśmy. Pani w kasie nam go nie dała, a my, kompletnie nieprzygotowani na taki obrót spraw, nawet nie pomyśleliśmy, żeby się upomnieć. Wojtek wdrożył tryb negocjacyjny: tłumaczył, przekonywał, powoli tracił cierpliwość, aż w końcu zaproponował, że pójdzie wyjaśnić sprawę. Obsługa nagle ucichła, oddaliła się i już nie wróciła. Morał tej historii jest prosty: bierzcie paragony. Zawsze. Nawet w raju.
Później już czysty relaks. Bujałyśmy się na huśtawkach zawieszonych w wodzie, Polka i Wojtek pływali kajakiem, a ja chłonęłam widoki i łapałam tak potrzebną witaminę D. Po lagunie prowadzi drewniana kładka, z której można obserwować wszystkie odcienie wody, od jasnej mięty po głęboki granat w okolicach cenoty. Są hamaki i przestrzeń do tego, by po prostu usiąść i nic nie robić. I właśnie za to Kaan Luum wygrywa. Za spokój, prostotę i brak pośpiechu. Czasem naprawdę warto wstać wcześniej. Nawet na wakacjach.
Po wyjściu z laguny wydawało się, że dzień powoli będzie zmierzał w stronę drzemki i hotelowego nicnierobienia. Wydawało się. Polce pływanie i chlupanie w wodzie spodobało się bowiem tak bardzo, że na hasło „wracamy” zareagowała spojrzeniem pełnym niedowierzania a potem głośnym płaczem. Nie było mowy o żadnym powrocie. Na szczęście wcześniej zrobiłam małe rozeznanie i miałam w zanadrzu plan B. Jakieś 10 minut drogi od naszego hotelu, czekała cenota Yax-Kin, która w sieci była opisywana jako spokojna, naturalna i przyjazna dzieciom. Brzmiało jak coś stworzonego dokładnie pod nasze potrzeby. Decyzja zapadła szybko, bez zbędnych narad i dramatów.
Ceny biletów wstępu były zaskakująco niskie: 180 peso za osobę dorosłą i 100 peso za dziecko. W sumie za wejściówki wyszła nam niecała stówka, czyli miła odmiana po wcześniejszych wakacyjnych wydatkach. Już na starcie zrobiło się przyjemnie. Do cenoty prowadzi wygodny podjazd, a na głównej platformie czekają leżaki ustawione tuż przy krawędzi wody. Zajęliśmy sobie miejsce, rozłożyliśmy ręczniki i po prostu patrzyliśmy. Przy wejściu do wody jest płytko, więc Polka mogła swobodnie pluskać się w wodzie, choć trzeba pamiętać, że to wciąż naturalna cenota – kamienie, śliska skała i nierówne podłoże, dlatego obecność rodzica w zasięgu ręki wydaje się rozsądna😉
Cenota położona jest niedaleko Tulum, a jej nazwa pochodzi z języka Majów i odnosi się do słońca oraz energii życiowej. Brzmi dumnie, ale w praktyce oznacza po prostu bardzo miłe ochłodzenie się w rześkiej choć nadal ciepłej, przejrzystej wodzie. I to w zupełności wystarcza. Największym plusem Yax-Kin jest jej naturalność – brak betonowych platform, brak tłumów ustawionych w kolejce po idealne selfie i brak tego wrażenia, że trafiliśmy do aquaparku sponsorowanego przez influencerów. Przyjeżdżają tu głównie lokalsi, choć pojawiają się też turyści (na przykład my 😉). I bardzo dobrze. To znaczy, że miejsce jest znane, ale wciąż nie zadeptane. Bez chaosu, bez hałasu, bez pośpiechu.
Woda była idealna do pływania. Próbowaliśmy złapać małe rybki, które kręciły się wokół nas z pełną swobodą i zerowym strachem. Próby zakończyły się spektakularną porażką, bo rybki miały zdecydowanie lepszy refleks i prawdopodobnie też więcej doświadczenia w unikaniu ludzi.
Wizyta w Yax-Kin to idealne zakończenie dnia, który od samego rana trzymał wysoki poziom. I Polka była szczęśliwa. A to, jak wiadomo, najlepszy wyznacznik udanej wycieczki.
















Skomentuj