Córka nam wróciła 😉Ta energia i ten błysk w oku. Kolejna noc bez gorączki, a apetyt, no cóż, apetyt był i jest. Polka od zawsze trzyma formę – nawet w trakcie choroby jedzenie traktuje śmiertelnie poważnie. On też już w dużo lepszej formie, więc padło hasło: idziemy pływać. Na celownik trafiła Cenota Corazón. Problem polegał na tym, że nigdzie nie mogliśmy znaleźć informacji, od której godziny jest otwarta. Wojtek, jeszcze kilka dni temu, kiedy Polka chorowała, pojechał na zwiady. Efekt? Klasyczny – pocałował klamkę. Brama zamknięta tak szczelnie, jakby strzegła skarbów Majów. Tym razem historia zaczęła się podobnie. Dojeżdżamy – brama zamknięta. Stwierdziliśmy jednak, że poczekamy pięć minut, no bo co nam szkodzi. I dokładnie w tym momencie podjechało auto. Obsługa. Ufff. Zegarki pokazywały 9:30. Byliśmy pierwszymi gośćmi i przez długi czas jedynymi.
I co tu dużo mówić – Cenota Corazón to absolutny sztos. Choć w Tulum i okolicach są setki cenot, ta wyróżnia się w sposób absolutnie wyjątkowy. Widziana z góry ma kształt serca i właśnie od tego pochodzi jej nazwa. „Corazón” po hiszpańsku oznacza serce i serio, trudno o trafniejsze określenie tego miejsca. Znajduje się zaledwie około 6 km od centrum Tulum, a mimo to sprawia wrażenie świata zupełnie odciętego od codziennego zgiełku. Otwarta cenota, bujna roślinność, krystalicznie czysta woda i cisza, która aż dzwoni w uszach. Idealne miejsce, żeby zanurzyć się w chłodnej wodzie i przypomnieć sobie, że natura naprawdę potrafi kraść serca.
Polka bardzo szybko znalazła idealną miejscówkę do tworzenia swoich dzieł malarskich. Cały stół w kredkach, kartkach i twórczym chaosie. Wojtek poszedł popływać, a my krzątałyśmy się po okolicy, zaglądając w każdy zakamarek.
Po 2 godzinach ruszyliśmy dalej. Kolejny przystanek – Atik Tulum, ale wcześniej jedzenie. Tym razem padło na Delicia de mi Tierra Tulum. Knajpka miała bardzo dobre opinie i – co najważniejsze – pancakes w menu. A to był argument nie do podważenia, bo Polka od rana mówiła wyłącznie o placuszkach. A wszyscy wiemy: dziecko głodne = dziecko złe. Po co wdawać się w niepotrzebne kłótnie 😉 Do tej knajpy dotarliśmy, wjeżdżając od jakiejś kompletnie dziwnej strony, plątaniną wąskich uliczek, którymi nigdy w życiu nie odważyłabym się spacerować, nawet w biały dzień. Restauracja była jakby celowo schowana przed światem. Wojtek rzucił, że to idealne miejsce, żeby wpakować się w poważne tarapaty i żeby słuch po nas zaginął. Ten krajobraz dookoła, psy biegające luzem, ludzie patrzący spod byka – wszystko wyglądało jak scenografia do meksykańskiego kryminału. Ale placuszki były😉 I to naprawdę przepyszne. Z domową konfiturą i syropem klonowym. Do tego koktajl owocowy, kawka, tosty z awokado, nachosy i quesadille. A w tle muzyka na żywo. Strach minął, głód też.
Najedzeni ruszyliśmy do Atik Tulum. Od kilku dni reklamy tego miejsca atakowały nas z każdej strony, więc uznaliśmy, że nie ma wyjścia. Trzeba sprawdzić, o co tyle hałasu. Park przyrodniczy, instalacje artystyczne, woda, dżungla. Brzmi pięknie. I faktycznie miejsce jest bardzo ładne i klimatyczne. Ale ceny? Grubo przesadzone. Bilet wstępu do całego parku wraz z cenotą to koszt rzędu 849 peso. Dodatkowo trzeba zapłacić 299 peso za możliwość wniesienia aparatu lub kamery. Łącznie, za naszą trójkę, zapłaciliśmy około 800 zł za nieco ponad dwie godziny pobytu. Nie w kij dmuchał. Oczywiście można tu spędzić cały dzień, jest cenota, w której można pływać, oraz strefa gastronomiczna, ale umówmy się, przy dzieciach planowanie „całego dnia” to czysta fantazja. Czy warto? Miejsce jest naprawdę ładne i fotogeniczne, ale ceny są mocno na wyrost. Jeśli jesteś instagramerem – to zdecydowanie miejsce dla Ciebie.
Po wszystkim wróciliśmy do hotelu na chwilę odpoczynku, bo późnym popołudniem planowaliśmy jeszcze zobaczyć rzeźbę Escultura Ven a la Luz. Polka zasnęła już w aucie, więc tradycyjnie przenieśliśmy ją do łóżka, a my na zmianę korzystaliśmy z hotelowego basenu. Gdy nasza śpiąca królewna się obudziła, ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie.
Rzeźba znajduje się w strefie hotelowej Tulum, więc jechaliśmy dość długo, a korki były gigantyczne. Po około 40 minutach dotarliśmy na miejsce. Dziesięciometrowa Ven a la Luz wykonana jest ze stali, drewna, splecionych roślin i lin. Przedstawia kobietę, która otwiera swoje wnętrze i zaprasza do środka. W środku znajdują się girlandy zielonych pędów. Całość robi ogromne wrażenie, zwłaszcza wieczorem, gdy rzeźba jest podświetlona. Wejście kosztuje 100 peso od osoby (Polka miała za darmo). Gdy przyjechaliśmy, było już ciemno, a ludzi można było policzyć na palcach jednej ręki – idealnie. Czy warto? Płaci się właściwie za możliwość zrobienia zdjęć i tyle. To nie jest miejsce na długie posiedzenie, ale są takie punkty na mapie, przy których warto się zatrzymać choćby na chwilę. Escultura Ven a la Luz zdecydowanie do nich należy.
Do hotelu wróciliśmy na kolację. Przed snem obowiązkowa partyjka bilarda (Polka oczywiście wygrała)😉oraz mecz w piłkarzyki, gdzie ja i On walczyliśmy o tytuł króla strzelców 😉 To był naprawdę intensywny i piękny dzień. Jeden z tych, po których pada się ze zmęczenia, ale z uśmiechem.





























Skomentuj