Cud świata w pełnym słońcu Jukatanu

Krótka noc to za mało powiedziane. Budziki dzwoniły jak opętane, a my leżeliśmy w łóżku kompletnie niewyspani, próbując zmusić oczy do otwarcia. Powieki były tak ciężkie, że każdy ruch wydawał się ponad siły. Oczywiście Polka w takich momentach stosuje sprawdzoną technikę obronną – kołdra naciągnięta po sam czubek nosa i ciche, uparte, powtarzane jak mantra  – „jeszcze 5 minut”.  Dokładnie to samo robi Wojtek. Genów nie oszukasz 😉 Ale tego dnia w planach była wizyta w Chichén Itzá. To prekolumbijskie miasto założone przez Majów było na wyciągnięcie ręki, więc grzechem byłoby nie pojechać i nie zobaczyć na własne oczy jednego z siedmiu cudów świata.

Jeszcze było ciemno, gdy ze śniadaniem na wynos ruszyliśmy w drogę. Do celu niecałe trzy godziny jazdy. Polka trochę drzemała, potem były piosenki i wspólne śpiewanie, zwykle urywające się gdzieś w połowie refrenu. Po około 2,5 godzinach drogi, gdzieś w okolicach Valladolid, nagle nasze zegarki cofnęły się o godzinę. Jakieś czary? – zapytała podejrzliwie Polka. Spokojnie. Tulum leży w stanie Quintana Roo, a Chichén Itzá już w stanie Yucatán. Inna strefa czasowa, inna rzeczywistość.

Na parking dotarliśmy kilka minut po 8:00, już po zmianie czasu, a ludzi było od groma. Serio. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, co dzieje się tam później. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do kasy biletowej, razem z dziesiątkami innych osób, które też uznały, że wczesny poranek to świetny pomysł na rozpoczęcie zwiedzania. Każda osoba dorosła chcąca wejść na teren strefy archeologicznej musi zapłacić około 676 meksykańskich peso. To suma dwóch opłat: federalnej oraz stanowej (Yucatán). Za Polkę zapłaciliśmy 100 peso. Jeśli ktoś planuje robić zdjęcia aparatem, standardową kamerą albo GoPro, musi doliczyć dodatkową opłatę. Nie pamiętam dokładnej kwoty, ale coś w okolicach 100–150 peso. W końcu historia ma swoją cenę😉

Dzień dopiero się budził. Słońce nieśmiało muskało policzki, jeszcze nie do końca zdecydowane, czy już zaczyna pełny etat. Było ciepło, a powietrze pachniało kurzem. Tym samym, który po pięciu minutach sprawia, że wyglądasz, jakbyś bez ostrzeżenia trafił na plan rekonstrukcji historycznej. Spacerowaliśmy swoim tempem, bez pośpiechu, chłonąc widoki.

Chichén Itzá robi ogromne wrażenie od pierwszych kroków. Kamienne budowle wyłaniają się z zieleni, a wszystko wydaje się tu monumentalnie przemyślane i poukładane. Główną atrakcją jest oczywiście piramida El Castillo, znana też jako Świątynia Kukulkana. Ta około 30-metrowa konstrukcja ma po 91 schodków z każdej strony, co razem z platformą na szczycie daje magiczną liczbę 365. Dokładnie tyle, ile dni w roku. Przypadek? Raczej nie. Majowie byli mistrzami astronomii i matematyki, a ta piramida to ich popisowy numer. Do tego dochodzi akustyczna ciekawostka: wystarczy klasnąć u jej podnóża, a echo wraca w formie dźwięku przypominającego śpiew ptaka kwezala. Tak, wszyscy klaskali. My też.

Na terenie miasta znajduje się również boisko do gry w pelotę. I nie, nie była to niewinna rozrywka na niedzielne popołudnie. Gra miała charakter rytualny i symbolizowała mityczną walkę dnia z nocą. Uznaje się ją za najstarszą grę zespołową świata. Boiska budowano przy głównych placach i świątyniach. Miały prostokątny kształt, a po bokach kamienne ściany z obręczami o średnicy około 90 cm, zawieszonymi nawet sześć metrów nad ziemią. Zadaniem graczy było przerzucenie przez nie piłki ważącej około pięciu kilogramów. Stawka była wysoka. W wielu interpretacjach rytuał kończył się ofiarą z przegranych, więc można powiedzieć, że zawodnicy naprawdę grali o życie.

Ogromne wrażenie robi także tzw. Las Tysiąca Kolumn, gdzie kamienne filary tworzą rytmiczny, niemal hipnotyzujący układ, oraz Tzompantli – platforma czaszek. Kamienne ściany zdobią rzeźby przedstawiające odcięte głowy jeńców składanych w ofierze.

Tak sobie spacerując, nagle usłyszeliśmy dziwne, zwierzęce odgłosy. Coś pomiędzy ptakiem a dinozaurem. Okazało się, że to gwizdek. I w tym momencie zwiedzanie właściwie dobiegło końca, bo Polka uznała, że musi mieć dokładnie taki sam. Natychmiast. Stragany są tu wszędzie, tworząc gęstą sieć handlową wzdłuż ścieżek między zabytkami i przy wejściach. Rzeźbione kamienie, figurki, wyroby z drewna, biżuteria, gwizdki wydające dźwięki fauny całej Ameryki Środkowej. Szczerze? Dość skutecznie psują odbiór tego miejsca. To przestrzeń o ogromnej wartości historycznej i aż prosiłoby się o wyznaczenie konkretnych stref handlowych, zamiast rozlewania targu po całym obszarze archeologicznym.

Wracając do zakupów – gwizdek udało się kupić. I nie tylko. Dorzuciliśmy naszyjniki z amuletami, magnesy na lodówkę i zapłaciliśmy za wszystko jak za zboże. Ewidentnie nie mamy żyłki do targowania się. Aż wstyd przyznać, ile pieniędzy tam zostawiliśmy. Mówię to ja, finansistka z wykształcenia. Ironia losu albo po prostu Meksyk.

Po dwóch godzinach zwiedzania wróciliśmy do auta. Po drodze mieliśmy zahaczyć o jedną z cenot, ale po przeczytaniu kilku opinii zapadła decyzja, że odpuszczamy. Te w okolicy Chichén Itzá są mocno oblegane, drogie i średnio przyjazne dla małych dzieci, a Polka przecież wolałaby pływać niż stać w kolejce. Zatem kierunek: Tulum.

Plan był prosty: obiad i plaża. Wpadliśmy do naszej ulubionej restauracji. Polka oczywiście zasnęła w aucie. Standard. Spała w knajpie, my mogliśmy spokojnie zjeść, a jej obiad wzięliśmy na wynos. Plaża ta sama co ostatnio, ale tym razem zaskoczenie było spore. Sterty wodorostów ciągnęły się wzdłuż brzegu. Dlaczego nikt ich nie sprzątał? Czy było ich aż tyle, że walka z nimi przypominała syzyfową pracę? Trudno powiedzieć. Znaleźliśmy niewielki skrawek czystego piasku i Polka z wielkim entuzjazmem zabrała się za budowanie zamków.

Słońce zaszło szybciej, niż byśmy chcieli. Plaże zamykano o 20:00, więc to był wyraźny sygnał, że czas wracać do hotelu. Za nami długi dzień. Ale piękny. I nawet kurz w butach nie był w stanie tego zepsuć.

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *