W podróży są rzeczy, których nie przeskoczysz. Jedną z nich jest dzień, który wyciska z Ciebie wszystko tak skutecznie, że następnego ranka jedyny rozsądny plan to… brak planu. Wczoraj było grubo: Chichén Itzá, jakieś sześć godzin w aucie, upał, mało snu i ogólne zmęczenie materiału. Efekt? Budziki wyłączone bez cienia wyrzutów sumienia. I była to jedna z lepszych decyzji tego wyjazdu. Obudziliśmy się wyspani, w świetnych humorach i z nową energią. Dziś cnoty. Bez pośpiechu, bez „muszę”, za to z dużą ilością wody i jeszcze większą ilością dobrych myśli.
Pierwszy przystanek – cenota Zemway. Z hotelu to jakieś 20 minut autem. Droga dojazdowa, no cóż, Meksyk w wersji „hard mode”. Trochę trzęsie, trochę kurzy, ale spokojnie – da się przeżyć. Kiedy już dojechaliśmy, szybko zapomnieliśmy o wszystkich nierównościach, bo to miejsce naprawdę robi wrażenie. Na wejściu płaciliśmy 250 pesos za osobę (Polka miała zniżkę), a w pakiecie dostaliśmy kamizelkę ratunkową. Do tego możliwość płatności kartą, czysto, spokojnie, wszystko zorganizowane. A obsługa? Złoto. Uśmiechnięci, pomocni, totalnie na luzie, a jednocześnie profesjonalni. Od pierwszych minut było czuć, że komuś naprawdę zależy, żebyśmy dobrze spędzili czas. Już na starcie ta cenota wyprzedza sporą część okolicznej konkurencji.
Sama cenota daje ogrom przestrzeni – możesz pływać, dryfować, skakać do wody albo robić absolutne nic i patrzeć w “sufit”. Polka z Wojtkiem wybrali opcję aktywną. Ja prowadziłam intensywne życie hamakowe i szczerze mówiąc – nie żałuję ani sekundy 😉
Poza nami był tylko jeden facet. Przyleciał z San Francisco po duży zastrzyk witaminy D. Skakał do wody bez opamiętania, a my robiliśmy za ekipę filmową. Znajomość nawiązana gdzieś między jednym pluskiem a kolejnym.
A co do zdjęć – robią je na miejscu, profesjonalnym sprzętem. Mogą też zrobić fotkę Twoim telefonem. Jeśli chcesz używać własnego aparatu, jest opłata – my płaciliśmy około 150 pesos. Uczciwy układ.
Druga na liście była cenota Mariposa, dosłownie rzut beretem od Zemway. Dojazd to przygoda sama w sobie – dziury, piach, kurz, psy goniące auto i domki pośrodku niczego. Idealny moment, żeby zwolnić, pomyśleć ciepło o zawieszeniu i sprawdzić, czy wszystko w aucie nadal jest Twoje 😉
Cenote Mariposa znajduje się przy trasie między Playa del Carmen a Tulum i jest jedną z półotwartych cenot – część tafli jest pod gołym niebem, a część schowana pod skałami i roślinnością. Jak większość cenot na Jukatanie powstała w wyniku zapadnięcia się wapiennego stropu nad podziemną rzeką. Woda jest słodka i naprawdę chłodna.
Na miejscu było po prostu okej. Cenota mała, kameralna, z huśtawką w wodzie i kilkoma niebieskimi motylami jako dekoracją. Jest tu podstawowa infrastruktura – toalety, przebieralnie i bar, więc organizacyjnie wszystko działa sprawnie. Cena wejścia raczej z tych wyższych, a efekt „wow” gdzieś się zgubił po drodze. To oczywiście nasza subiektywna ocena – słyszeliśmy wiele pozytywnych opinii i sporo osób wychodzi stąd zachwyconych. Być może nasz odbiór był nieco inny, bo podróżujemy z 4,5-latką, a każdy, kto ma dzieci, wie, że wakacje z najmłodszymi potrafią być piękne, ale i wymagające. Czasem trudno wtedy o pełne skupienie na widokach i chłonięcie klimatu miejsca.
W niektórych cenotach na Jukatanie organizowane są ceremonie inspirowane tradycjami Majów, prowadzone przez lokalnych szamanów – rytuały oczyszczające z użyciem kopalu, modlitw i bębnów. Nie trafiliśmy tu na takie wydarzenie i nie jest to stały element oferty, ale region ma silne majańskie korzenie, więc przy odrobinie szczęścia można uczestniczyć w podobnych ceremoniach w innych, mniej komercyjnych miejscach.
Polka odpuściła pływanie – woda zimna, brak negocjacji. Mnie do wejścia wyciągnął Wojtek, co samo w sobie jest wydarzeniem, bo ja i woda zazwyczaj żyjemy w stanie zimnej wojny.
Potem już klasyka: powrót do hotelu, szybkie przebranie, obiad na mieście, zakupy w markecie, kolacja i sen, który wygrał z całym światem. Ten dzień tylko potwierdził jedno – że czasem najlepszy plan to brak planu. A Meksyk zdecydowanie lepiej smakuje na luzie.
Środa. Ostatni dzień. Cóż, każda podróż kiedyś się kończy, nawet ta najlepsza. Nasza zakończyła się aromatem kawy, chrupaniem nachosów i lekkim szokiem, że to już naprawdę finito. Ostatnie śniadanie wpadło oczywiście w naszej ulubionej knajpce. Na stół wjechały legendarne placuszki Polki – złociste, chrupiące na zewnątrz, mięciutkie w środku. Siedzieliśmy trochę za długo, jakby przeciągając czas. Jakby jeszcze można było coś dopisać do tej historii.
Potem spacer po mieście, a wokół murale, które robią większe wrażenie niż niejedna galeria sztuki. Meksyk nawet na ścianach gada pełnymi zdaniami – głośno, kolorowo i bez filtra. Trochę chaosu, trochę magii, sporo życia.
No i przyszło pożegnanie z morzem. Ostatnie leżenie na plaży, ostatnie spojrzenie na turkusową wodę i ostatni (trochę krzywy, ale nasz) zamek z piasku. Tyle że natura postanowiła dorzucić swój dramatyczny finał – plaża pełna glonów, a na niebie chmury jak z filmu o końcu świata. Uciekliśmy dosłownie w ostatniej chwili, bo zaraz potem lunęło jak z cebra. Schowaliśmy się w naszej ulubionej restauracji – mokre włosy, dużo śmiechu i odkrycie, że tropikalna ulewa też ma swój klimat (o ile nie stoisz akurat po kostki w wodzie). Na lunch wpadły quesadille, które spokojnie mogłyby być narodowym dobrem Meksyku
Ser ciągnął się jak nasze wakacyjne plany, a my jednogłośnie uznaliśmy, że jeśli coś ma zostać smakiem tej podróży, to właśnie to.
Na koniec powrót do hotelu. Ostatni zimny drink przy basenie, ostatnia partia bilarda i wielki finał w postaci pakowania. Czyli klasyczna próba wciśnięcia całych wakacji między koszulkę a klapki.
W nocy niebo postanowiło urządzić własne pożegnanie – lało bez przerwy, jakby ktoś odkręcił gigantyczny kurek z wodą i zapomniał go zakręcić. Kolejnego dnia, skoro świt, ruszyliśmy na lotnisko w Cancún. Deszcz walił tak, że wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, a i tak chwilami miały ochotę się poddać. Droga na lotnisko wyglądała trochę jak scena z filmu akcji – tylko zamiast pościgu, walczyliśmy o widoczność.
Oddaliśmy auto, szybkie ogarnięcie formalności, nadanie bagaży i nagle wszystko zaczęło się dziać już jakby poza nami. Jeszcze jedno spojrzenie, jeszcze jeden uśmiech i adiós México. Trochę niewyspani, ale z głowami pełnymi wspomnień i przekonaniem, że to była jedna z tych podróży, które zostają z człowiekiem na długo. Bo chociaż na początku los z rozmachem rzucał nam kłody pod nogi – opóźnione loty, anulowany hotel, brak auta, kontrola meksykańskiej policji i jeszcze walka z grypą, jakby było mało atrakcji – to potem oddał wszystko z solidną nawiązką, a Meksyk został naszym dobrym kolegą 😉Było intensywnie, pięknie i momentami aż za bardzo przygodowo. Ale właśnie tak zapamiętuje się najlepsze podróże. Nie te idealne, poukładane jak z katalogu. Tylko te, które zaczynają się jak mała katastrofa, a kończą jak całkiem niezła bajka.




























Skomentuj