DZIEŃ 7: SKALNE ŁUKI W ACHES NATIONAL PARK
Polka od świtu była już na nogach i uznała, że skoro ona nie śpi, to my też nie musimy 😉 W ten sposób dzień zaczął się wcześniej, niż planowaliśmy. Dzisiejszy cel podróży – Arches National Park. Spakowaliśmy się i zeszliśmy na śniadanie, podczas którego sprawdziliśmy czy park jest na pewno otwarty. Dzień wcześniej nie było żadnych informacji o zamknięciu, ale woleliśmy mieć pewność. Tym razem los był po naszej stronie. Shutdown trochę nam pomógł, bo okazało się, że gdyby go nie było, to do parku byśmy nie wjechali, nawet z biletem. W sezonie od kwietnia do października obowiązuje system wjazdów na godziny, które trzeba rezerwować nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Bilety znikają błyskawicznie i bez wcześniejszej rezerwacji można co najwyżej popatrzeć na bramę wjazdową. Tym razem się udało.
Pierwszy przystanek – Park Avenue. Ten szlak wygląda jak naturalna wersja Wall Street: pionowe, ponad 180-metrowe bloki skalne tworzą aleję kamiennych drapaczy chmur. Przy nich człowiek czuje się jak postać z filmu, ustawiona w kadrze idealnie wyreżyserowanym przez naturę. Arches to nie jest park, który ogląda się na szybko. To miejsce, które każe się zatrzymywać, patrzeć, chłonąć. Najbardziej czuć to przy The Windows. Skalane łuki wyglądają jak okna otwierające się nie na krajobraz, ale na inną planetę. Stojąc pod nimi, ma się wrażenie, że świat nabiera ram, a widok sięga dalej, niż powinien. Każdy łuk prowadził nas do kolejnych scen jak z innego filmu, jakby Utah dawkowało emocje, żebyśmy przypadkiem nie pękli z zachwytu.
Polka w tym wszystkim bawiła się w małego odkrywcę. Stwierdziła, że jak dorośnie, zostanie archeologiem. Kopała gdzie popadnie, przekonana, że za chwilę odkryje szczątki dinozaurów. W przerwach między tworzeniem wykopalisk biegała jak szalona po skałach i szlakach. Zazdrościmy tej kondycji. I tej energii. I tego, że po całym dniu wciąż miała siłę na zabawę. Do hotelu w Cedar dotarliśmy późnym popołudniem. I wtedy pogoda postanowiła pokazać, że pustynia też potrafi mieć humory. Zaczęło porządnie lać i wiać, a po kilku chwilach zaczął padać grad. Sprawdzając prognozę na kolejny dzień, nie mieliśmy powodów do radości – miało być zimno i to bardzo. Ale Arches zrobiło swoje. Zostawiło w głowie obrazy, które zostaną z nami na długo. I ten przyjemny ból w nogach, który mówił jedno, że było warto.
DZIEŃ 8: SZLAKIEM QUEEN’S GARDEN
Obudziliśmy się rano, a za oknem śnieg. Serio. Termometry pokazywały niespełna 10 stopni, więc teoretycznie na plusie, ale krajobraz za szybą bardziej pasował do świątecznej kartki niż do pustyni w Utah. Na szczęście świeciło słońce, więc humor od razu był lepszy. Śniadanie, pakowanie i małe odśnieżanie auta. Czyżby zima postanowiła zrobić nam psikusa? Spokojnie, byliśmy przygotowani na atak zimna. Polka przywiozła z domu zimową kurtkę i czapkę, my grube polary. A w razie czego po prostu przyspieszymy kroku i robimy ze spaceru małą rozgrzewkę 😉
Ruszamy w kierunku Bryce Canyon. Amfiteatr skalnych kolumn wyglądał jak dekoracja do spektaklu, którego nikt jeszcze nie napisał. O poranku hoodoos jarzyły się pomarańczą i różem, jakby ktoś polał je światłem. Ruszyliśmy szlakiem Queen’s Garden, chyba najbardziej kolorowym ze wszystkich. Jest krótki i łatwy, ale już po kilkunastu metrach całkowicie zmienia perspektywę. Formacje skalne pojawiają się na wyciągnięcie ręki, a przejścia wykute w wapieniu przypominają wejścia do baśniowego labiryntu. Po drodze mijali nas ludzie zwiedzający park konno. Można i w ten sposób. My na własnych nogach, ale widok jeźdźców między skalnymi kolumnami wyglądał jak scena z westernu. Słońce zaczęło grzać tak mocno, że w trakcie spaceru ściągaliśmy z siebie kolejne warstwy ubrań. Najpierw czapki, potem kurtki. Pogodowy miszmasz w pełnej krasie. Rano śnieg, w południe prawie wiosna.
W drodze do hotelu zajrzeliśmy jeszcze do świetnej restauracji Cordwood. Idealne miejsce na odpoczynek i dobre jedzenie. Specjalność szefa kuchni: stek z bizona. Brzmi egzotycznie, smakuje genialnie (On jadł i potwierdza). Gdy nasze brzuchy były już pełne, ruszyliśmy dalej przez Zion Park do hotelu w Hurricane. Niespełna godzinka drogi i kolejna porcja widoków, które spokojnie mogłyby robić za tapetę na pulpit. Bryce Canyon przywitał nas śniegiem, pożegnał słońcem i zostawił z poczuciem, że natura ma naprawdę świetne poczucie humoru.










































Skomentuj