Bułgaria? Dla wielu to przede wszystkim Słoneczny Brzeg albo Złote Piaski – opaska all inclusive na nadgarstku, leżak zarezerwowany jeszcze przed śniadaniem i wakacyjna walka o najlepsze miejsce przy basenie. I jasne, to też ma swój urok (o gustach się nie dyskutuje). My jednak tym razem skręciliśmy w inną stronę i wpadliśmy na szybki city break do Sofii. Kierunek może nie z pierwszych stron podróżniczych magazynów, ale może właśnie dlatego okazał się bardzo przyjemną niespodzianką.
Sofia przywitała nas spokojem, luzem i takim trochę niedocenianym klimatem, który trudno znaleźć w bardziej „oczywistych” europejskich stolicach. To miasto nie próbuje na siłę błyszczeć – raczej stopniowo się odkrywa i daje się lubić.
Co zobaczyć w Sofii?
Na pierwszy ogień poszedł absolutny klasyk, czyli Sobór św. Aleksandra Newskiego. Monumentalna, złocista kopuła widoczna z daleka i wnętrze, które robi wrażenie nawet na tych, którzy „już trochę cerkwi widzieli”. To zdecydowanie jeden z symboli miasta i punkt obowiązkowy. Budowę rozpoczęto w 1882 roku, a ukończono po trzech dekadach, w 1912 roku. Świątynia powstała jako hołd dla ok. 200 tysięcy rosyjskich żołnierzy, którzy zginęli w wojnie rosyjsko-tureckiej, po której Bułgaria odzyskała niepodległość.
Kilka kroków dalej trafiliśmy do Cerkwi Sweta Nedela – mniej spektakularnej z zewnątrz, ale z ciekawą historią i bardzo przyjemną atmosferą w środku. Idealne miejsce, żeby na chwilę zwolnić tempo. Stoi w samym sercu miasta i trochę ginie wśród ruchu ulicznego. Z zewnątrz może wydawać się dość surowa, ale jej historia jest daleka od spokojnej – świątynia była świadkiem jednego z najtragiczniejszych zamachów w historii Bułgarii, do którego doszło w Wielki Czwartek, 16 kwietnia 1925 roku, podczas uroczystości pogrzebowych wysokiej rangi oficera wojskowego. Celem był car Borys III oraz wojskowe i polityczne elity kraju. W wyniku eksplozji śmierć poniosło 213 osób, a ok. 500 zostało rannych. Sam monarcha ocalał tylko dlatego, że spóźnił się na uroczystość.
Totalnym kontrastem była Cerkiew św. Jerzego – maleńka, czerwona rotunda ukryta gdzieś na dziedzińcu przy Pałacu Prezydenckim. Trochę jak sekret schowany między budynkami z zupełnie innych epok. Jeśli ktoś lubi takie „ukryte perełki”, to jest to strzał w dziesiątkę. Powstała jeszcze za czasów rzymskich, w IV wieku naszej ery, a w środku do dziś można zobaczyć oryginalne freski z XII–XIV wieku, zachowane m.in. w centralnej kopule.
Spacerując dalej, trafiliśmy na Bulwar Witosza – główną ulicę spacerową miasta. Kawiarnie, restauracje, ludzie spokojnie sączący kawę i w tle coś, co naprawdę robi robotę: widok na masyw Witoszy. Niby ścisłe centrum, a góry są praktycznie na wyciągnięcie ręki. Miasto gdzieś się kończy, a zaraz za nim zaczyna się konkretna przyroda. Przy dobrej pogodzie widok jest wręcz pocztówkowy. To idealne miejsce na kawę, obiad albo zwykłe posiedzenie i patrzenie na ludzi, czyli jedną z najbardziej niedocenianych atrakcji turystycznych.
Wpadliśmy też do Ogrodu Miejskiego w Sofii – takiej zielonej oazy w samym centrum. Ławki, drzewa, trochę cienia i sporo lokalnego życia: ktoś gra w szachy, ktoś czyta książkę, ktoś po prostu siedzi z kawą na wynos i niczym się nie przejmuje. Tuż obok stoi Teatr Narodowy im. Iwana Wazowa – elegancki, z charakterystyczną fasadą i kolumnami. Jedno z tych miejsc, które dobrze wygląda o każdej porze dnia i jakoś zawsze przyciąga ludzi.
Sofia ma też swoją drugą twarz – bardziej nowoczesną i trochę nieoczywistą. Murale wyskakują w różnych częściach miasta i często są naprawdę świetnie zrobione. Nie ma tu żadnego „oficjalnego szlaku”, co akurat działa na plus. Trzeba się trochę poszwendać, skręcić w boczną ulicę, czasem zajrzeć tam, gdzie normalnie by się nie zaglądało. I właśnie wtedy trafia się na coś, co wygląda jak mała galeria pod gołym niebem.
A jeśli traficie tu wiosną, dochodzi jeszcze jeden fajny akcent: stragany pełne czerwono-białych sznureczków. To marteniczki – tradycyjne symbole nadchodzącej wiosny. Bułgarzy przypinają je do ubrań albo noszą na nadgarstku aż do momentu, kiedy zobaczą pierwszego bociana albo kwitnące drzewo. Niby drobiazg, ale robi klimat i daje poczucie, że jest się częścią czegoś lokalnego, a nie tylko kolejną osobą odhaczającą atrakcje.
Sofia nie próbuje konkurować z Paryżem czy Rzymem – i może właśnie dlatego wygrywa swoją autentycznością. Nie stara się być „naj” w żadnej kategorii. Nie jest najbardziej spektakularna, najbardziej znana ani najbardziej modna. Ale właśnie w tym tkwi jej urok – wszystko przychodzi tu naturalnie, bez przesady. To idealny kierunek na weekend – trochę historii, trochę luzu, dobre jedzenie i góry w tle. Bez tłumów, bez presji „odhaczania atrakcji”. Po prostu przyjemnie.














































Skomentuj