Tulum bez fajerwerków, grypa w pakiecie, plaża i ruiny

Wtorkowy poranek. Słońce nieśmiało przeciskało się przez grube zasłony, jakby chciało sprawdzić, czy już można nas obudzić. Pierwsza noc była za nami. Po wczorajszych podróżniczych ekscesach zasnęliśmy jak małe dzieci. I gdyby nie pewien mały lokator, który wprosił się bez pytania do naszego pokoju, spałoby się naprawdę znakomicie. Mała jaszczurka przez całą noc wydawała z siebie dźwięki, które obudziłyby nawet nieboszczyka 😉 No dobra, w konkurencji na twardy sen bezapelacyjnie wygrywają Ona i On. Nic nie jest w stanie wyrwać ich ze snu. Ja natomiast za każdym razem, gdy słyszałam tego małego gada, dostawałam palpitacji serca. Nie lubię i już.

To miał być taki dzień na rozruch. Bez planów, bez listy „must see”, bez spinania się, że coś trzeba. Taki dzień, który sam się robi. No prawie sam, bo Polka od kilku dni regularnie dopytywała, kiedy w końcu będzie budować zamki z piasku. W związku z tym kierunek mógł być tylko jeden. Plaża. Koniec dyskusji.

W hotelowej recepcji polecono nam Playa del Pueblo. Publiczną, bezpłatną (jak się później okazało, w Tulum to nie takie oczywiste), z jasnym, drobnym piaskiem i łagodnym zejściem do wody. Podobno uwielbianą przez miejscowych, a to zawsze dobry znak. Plaża jest spokojniejsza niż najbardziej instagramowe odcinki wybrzeża Tulum, bez wielkich resortów, za to z luźną, lokalną atmosferą i przestrzenią, żeby po prostu być. Idealna na rodzinne plażowanie bez slalomu między ręcznikami. Udało nam się też zarezerwować kolację sylwestrową w knajpie przy plaży. Bo jak witać Nowy Rok, to tylko w klapkach, spodenkach i sukience na ramiączkach. Garnitur nie miał tu wstępu.

Zanim jednak plażowanie, trzeba było zająć się sprawą fundamentalną, czyli jedzeniem. Dzień wcześniej zrobiłam mały research i padło na Frida’s Tulum. I to był strzał w dziesiątkę, bez krzty przesady. To miejsce serwuje klasyczną kuchnię meksykańską, opartą na świeżych składnikach i tradycyjnych przepisach. Quesadille były absolutnym sztosem, porcje konkretne, a smaki wyraźne. Do tego kolorowy wystrój inspirowany meksykańską kulturą i bardzo miła, nienachalna obsługa. Taki lokal, do którego później wracaliśmy prawie codziennie.

Najedzeni i w dobrych humorach pojechaliśmy na plażę. I wtedy zaczęły się prawdziwe szaleństwa. Bieganie, skakanie przez fale, zbieranie muszelek i oczywiście budowanie zamków z piasku, z pełnym zaangażowaniem architektonicznym. Spędziliśmy tam pół dnia i nikt ani razu nie powiedział „nudzi mi się”, co uznaję za sukces 😉Potem klasyka wakacyjnego wieczoru: zakupy w markecie, basen hotelowy, kolacja i sen.

Następnego dnia już ambitniej – w planach zwiedzanie ruin miasta Tulum, spektakularnie położonych nad samym Morzem Karaibskim, a wieczorem sylwester. Ale to już zupełnie inna historia.

Kolejnej nocy znów dała o sobie znać jaszczurka. Słyszałam, jak biegała po ścianach hotelowego pokoju, ale za każdym razem, gdy zapalałam nocną lampkę, znikała nagle, jakby rozpływała się w powietrzu. Zasnęłam dopiero nad ranem. I oczywiście dokładnie wtedy, gdy zaczęłam słodko śnić, obudziła się Pola. Na zegarku była 5:30. I w tym momencie nie sama wczesna pora okazała się najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się na wakacjach, lecz gorączka u Poli. Termometr uparcie wskazywał 39 stopni. W ruch poszedł syrop na zbicie temperatury oraz zimne okłady. Jasne było, że zwiedzanie ruin miasta musimy przełożyć na inny dzień. Sylwestrowe plany także wymagały solidnej korekty.

Gdy leki zaczynały działać, gorączka spadała, a w Pole wstępowały nowe siły. Wtedy wzbijaliśmy się na wyżyny kreatywności i wymyślaliśmy różne zabawy. Niestety po trzech godzinach następowała powtórka z rozrywki. I tak w kółko. Na lekarza nie można było liczyć. Wiadomo, środa, sylwester. Musieliśmy liczyć na domową apteczkę, którą zawsze wozimy ze sobą. Nowy Rok przywitaliśmy więc w łóżku, z butelką wina, kolacją na wynos i meksykańską telewizją w tle. Bez sylwestrowych fajerwerków i sztucznych ogni.

Kolejnego dnia nie było już wyjścia. Musieliśmy skorzystać z pomocy lekarza. Choćbyśmy stanęli na głowie, ktoś po prostu musiał zbadać Pole, bo jej stan od wczoraj wcale się nie poprawiał. A że był to pierwszy dzień Nowego Roku, w grę wchodziły wyłącznie wizyty domowe. Tak więc lekarza przywitaliśmy w naszym hotelowym pokoju. Szybkie testy i wszystko stało się jasne. Grypa. Meksykańska służba zdrowia została oficjalnie przetestowana. Doktor Carolina Gonzalez zasłużyła na mocną 5 z plusem. Wkraczając do akcji, dosłownie uratowała nam urlop a, że przy okazji uszczupliła portfel o jakieś 5000 meksykańskich pesos (około 1000 zł) to już nie istotne. Lekarka uspokoiła nas, że jeśli Pola nie będzie miała gorączki, możemy z nią wychodzić na dwór. Oczywiście nie w największe słońce, bez biegania i z omijaniem tłumów. Najważniejsze było jednak to, że leki zadziałały błyskawicznie. Gdy Pola zasnęła o 15:00, obudziła się dopiero następnego dnia o 8:00 rano. Wieczorem prawie na śpiocha podawałam jej drugą dawkę leku. Ewidentnie potrzebowała solidnej regeneracji. My również.

Noc minęła spokojnie. Bez gorączki u Najmłodszej, która obudziła się rano w wyśmienitym nastroju. Ja również, bo pierwszy raz od trzech dni nie budziłam się w nocy. Swoją cegiełkę dołożyła też jaszczurka, która chyba w końcu zaakceptowała naszą obecność i przestała wydawać okrzyki mające nas odstraszyć. My zresztą też zdążyliśmy przyzwyczaić się do tego małego gada. Za to głowa rodziny zaczęła narzekać na kiepskie samopoczucie, ale wiecie, jak to jest z chorym facetem. Termometr pokaże 37 stopni, a on już m spisuje testament 🙂 Dwa gripexy później zapadła jednak decyzja: jedziemy zwiedzać ruiny miasta Majów w Tulum.

Wyruszyliśmy wcześnie rano. Hotel jeszcze spał, cisza, spokój, idealny moment na wyjście. Czytaliśmy, że najlepiej zwiedzać ruiny tuż po otwarciu o 8:00, żeby uniknąć palącego słońca, wysokich temperatur (brak cienia robi swoje) i oczywiście tłumów turystów. Chcieliśmy spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Polka powoli wracała do formy i zabawy ze starymi w hotelowym pokoju przestawały ją interesować 😉

Z naszego hotelu to było jakieś pięć minut jazdy. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy, to grupa samozwańczych „panów parkingowych” machających z pobocza. Już kiedyś, w Grecji, daliśmy się nabrać na teksty o tym, że taniej i że dalej nie ma miejsca. Tym razem byliśmy mądrzejsi. Wiedzieliśmy, że oficjalny parking kosztuje około 100 peso za dzień, więc nie zamierzaliśmy płacić podwójnej stawki komuś, kto ewidentnie kombinuje.

Potem zaczęła się przygoda z biletami. Takiej beznadziejnej organizacji nie widzieliśmy już dawno, o ile w ogóle. Najpierw bilety w jednej kasie: opłata za wstęp do Parku Narodowego Tulum oraz dostęp do Parque del Jaguar (tu akurat mieliśmy hotelowe opaski, więc było za darmo). Później kontrola i informacja, że za wniesienie aparatu trzeba dopłacić. Ok, przecież nie zostawimy sprzętu na pastwę losu. Na koniec jeszcze jedna kolejka i ostatnia kasa, tym razem już po bilety do samych ruin. Totalny absurd. Mimo wczesnej godziny ludzi było już naprawdę sporo. Po prawie godzinie mieliśmy komplet wejściówek i w końcu mogliśmy zacząć zwiedzanie.

Same ruiny? Szczerze mówiąc, nie zrobiły na nas jakiegoś ogromnego wrażenia. Na pewno warto je zobaczyć przy okazji pobytu w Tulum, głównie ze względu na położenie. Majowie naprawdę znaleźli epicką miejscówkę. Miasto zbudowano na około 12-metrowym klifie, tuż nad Morzem Karaibskim. Pełniło ono ważną funkcję handlową i portową, a jego charakterystycznym punktem jest El Castillo, czyli główna świątynia, która prawdopodobnie służyła także jako latarnia morska dla żeglarzy, która informowała ich, że mają już wracać do domu. Widać też Świątynię Fresków z zachowanymi fragmentami malowideł oraz mniejsze świątynie i budowle administracyjne – Dom Kolumn (Casa de las Columnas), Dom Cenoty (Casa del Cenote) czy Pałac (El Palacio). Całość jest kompaktowa, bez błądzenia godzinami, za to z widokami, które robią robotę.

Spacerowaliśmy też z nadzieją, że zobaczymy okazałe iguany wylegujące się na słońcu, ale chyba mieliśmy pecha. Nie spotkaliśmy ani jednego. Nawet najmniejszego 😉 Polka stwierdziła, że pewnie szukamy nie tam, gdzie trzeba. Bardzo możliwe.

W ramach biletu mogliśmy zejść na Playa Paraiso (w wolnym tłumaczeniu Rajska Plaża), położoną tuż obok ruin. Krystalicznie czysta woda i biały piasek. Była huśtawka, był spacer i szybkie chłonięcie widoków. Niestety słońce zaczęło już konkretnie przypiekać, a Polka była wyraźnie zmęczona, co absolutnie nie dziwi. Wyjeżdżając z parkingu, jednogłośnie stwierdziliśmy, że rzeczywiście tylko poranna wizyta ma sens. Potem dzikie tłumy i żar lejący się z nieba.

Obiad zjedliśmy w Frida’s Tulum, a potem czekała nas jeszcze wizyta w przychodni, bo Wojtek nadal skarżył się na złe samopoczucie. Leki były potrzebne. Receptę dostaliśmy bez żadnego problemu, a apteka była dosłownie tuż za rogiem. W sumie trudno ich tu nie zauważyć, bo aptek jest naprawdę mnóstwo. Trochę zdziwiło nas podejście farmaceuty. Recepta była, ale bez podanej dokładnej ilości leku. Padło więc pytanie: „To ile opakowań?”. Wzięliśmy dwa, uznając, że skoro to grypa, to ja też wezmę profilaktycznie. Szok był spory, bo w meksykańskich aptekach leki kupuje się niemal jak cukierki na wagę. Hormon wzrostu, leki na otyłość, viagra, testosteron – co chcesz i ile chcesz.

Wróciliśmy do hotelu. Polka i Wojtek wzięli leki i poszli na drzemkę, a ja miałam dwie godziny tylko dla siebie. Siłownia, zimny drink przy basenie i to słońce. Dzień zdecydowanie zaliczamy do udanych.

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *