¡Hola México!

¡HOLA MEXICO!

11 dni w Meksyku. Brzmi cudownie, prawda? 😍No to zapnijcie pasy, bo u nas ta podróż zaczęła się jak film katastroficzny klasy B i to z tanimi efektami specjalnymi. Ale po kolei.

Plan był z pozoru prosty – sylwester w ciepłym miejscu. Bez śniegu, bez kurtek, najlepiej z palmą w tle i czymś zimnym w szklance. Zero filozofii, żadnych wielkich założeń. Do ostatniej chwili jednak nie wiedzieliśmy kiedy, gdzie i czy w ogóle polecimy. Końcówka roku była dla nas pracowita do granic absurdu, więc decyzję o locie konsekwentnie odkładaliśmy „na jutro”. Finalnie bilety mieliśmy w kieszeni dopiero dwa dni przed Wigilią, a wylot zaplanowany był na 28 grudnia. Czasu tyle, co nic. Czyli standard.

Pomysłów nie brakowało. Tajlandia, Dominikana, Dubaj, Zanzibar. Każda opcja odpadała z innego powodu. Albo ceny biletów wyglądały jak kiepski żart, albo lot trwał niemal dobę, albo czekały nas dwie przesiadki. A z czterolatką to nie podróż. To test charakteru, cierpliwości i granic zdrowego rozsądku. To jak strzał w kolano. I to obunóż, z rozpędu. Byliśmy nawet gotowi na ostateczne poświęcenie i wyjazd z biurem podróży, ale last minute, które pozwoliłoby zdążyć na Sylwestra, po prostu nie istniało. Sprawdzaliśmy to kilka razy, za każdym razem z tą samą, rosnącą frustracją. W końcu zaczęliśmy robić to, co robi każdy człowiek w stanie lekkiej desperacji: przeglądać mapę świata i przetrząsać internet bez konkretnego planu. I wtedy pojawił się on. Meksyk. Ciepło, piękne widoki, genialne jedzenie, sensowne połączenia lotnicze i świetna baza noclegowa. A żeby już całkiem się upewnić, że to dobry kierunek, włączyliśmy YouTube’a i zaczęliśmy oglądać filmy z meksykańskich zakątków. Trafiliśmy też na odcinek Roberta Makłowicza, w którym odkrywał on kulinarne i krajobrazowe uroki Tulum i Cancun. Ostatnio jego filmy skutecznie zaprowadziły nas do Azji, a wizyta w Mieście Zachodzącego Słońca stała się jednym z obowiązkowych punktów naszej wietnamskiej podróży. Czyżby to jakiś znak? To ten moment, kiedy decyzja zapada sama. Lecimy.

Reakcja Polki była natychmiastowa i spektakularna. Kilka dni wcześniej rozpaczała, że do wakacji nie zmieści się w swoje letnie sukienki, bo „brzuch będzie za duży”😉 W chwili, gdy dowiedziała się, że już niedługo lecimy w ciepłe kraje, skakała z radości. Z jej szafy wyleciały wszystkie letnie ubrania. Dylemat dotyczył tylko jednego: które zabrać? Po krótkiej analizie sytuacji zapadła decyzja ostateczna i niepodważalna. Wszystkie. Kobieta 😉

Hotel zarezerwowany, samochód wynajęty. Najlepszy prezent pod choinkę, bez dwóch zdań. Cieszyliśmy się jak małe dzieci. Do chwili. Podczas uzupełniania danych paszportowych na stronie linii lotniczych, Wojtek zorientował się, że nie ma dokumentu. Przewróciliśmy mieszkanie do góry nogami. Torby, szafki, schowki, tajemnicze kryjówki u Polki w pokoju, nawet biuro. Nic. Najgorsze było to, że nie dało się zmienić terminu wylotu, a paszport tymczasowy nie wchodził w grę. Mieliśmy przesiadkę w Nowym Jorku, a wjazd do USA, nawet tranzytowy, w ramach ruchu bezwizowego (ESTA) nie jest możliwy na podstawie paszportu tymczasowego, ponieważ nie jest on biometryczny. Pół dnia nerwów. Cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Mijaliśmy się po mieszkaniu bez słowa, jak obcy ludzie. Aż w końcu usłyszałam: „JEST. MAM PASZPORT.” Kamień spadł z serca. Ogromny. Stres minął, głowa zaczęła boleć, a przed nami było jeszcze pakowanie. I to podwójne. Jedna walizka na święta, druga na wyjazd. Do Wrocławia już nie wracaliśmy. Prosto od rodziny ruszaliśmy do Frankfurtu, skąd mieliśmy wylot. Chaos, zmęczenie i ekscytacja wymieszane w idealnych proporcjach. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że los z rozmachem będzie rzucał nam pod nogi kolejne kłody.

PRZYLOT – CANCUN/TULUM

Sobota, 27 grudnia. Operacja pod kryptonimem „wielkie przepakowywanie”. Wyjmowanie, wkładanie, ważenie, znów wszystko od nowa i to magiczne pytanie: „a czy na pewno wszystko zabraliśmy?”. Wieczorem, gdy już mentalnie byliśmy gotowi na wakacje, przyszła wiadomość z linii lotniczych, że nasz lot jest opóźniony o dwie godziny. Z 10:00 na 12:00. Trudno, bywa. Kilka godzin później, kolejny komunikat. Tym razem opóźnienie wynosiło cztery godziny. Wylot o 14:00. Co? Z jednej strony ulga, bo lot nie został odwołany, z drugiej – szybka kalkulacja i strach zajrzał nam w oczy – przesiadka w Nowym Jorku miała trwać mniej niż godzinę. Już wtedy wiedzieliśmy, że to się nie uda. No chyba że wydarzy się jakiś cud. Postanowiliśmy jednak nie psuć sobie humoru na zapas.

Niedziela, 28.12. Nadaliśmy bagaże, przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa i ruszyliśmy do saloniku na śniadanie. Czasu mieliśmy absurdalnie dużo. Przyjechaliśmy zgodnie z pierwotnym planem, czyli o 8 rano. Było rysowanie. Bardzo dużo rysowania. Była muzyka w słuchawkach, film na Netflixie i jeszcze trochę pracy. Te kilka godzin minęło zaskakująco szybko i zanim się obejrzeliśmy, siedzieliśmy już w samolocie lecącym do Nowego Jorku. Prawie dziewięciogodzinna podróż upłynęła spokojnie. Seriale, całkiem przyzwoite jedzenie i Pola, która najpierw spała, potem jadła, a następnie z ogromnym zaangażowaniem malowała, naklejała, czytała książeczki i oglądała film z Myszką Miki. Idealna pasażerka.

 

Była 16:00 czasu lokalnego, gdy wylądowaliśmy w Nowym Jorku. I wtedy się zaczęło. Na przesiadkę mieliśmy ostatecznie 45 minut, czyli właściwie nic. W tym czasie musieliśmy odebrać bagaż rejestrowany, przejść kontrolę celną, ponownie nadać walizkę, przejść kontrolę bezpieczeństwa i jeszcze dobiec do odpowiedniej bramki. A wszystko to w tłumie ludzi, którzy mieli dokładnie ten sam problem. Sprint przez nowojorskie lotnisko był godny samego Usaina Bolta. Skorzystaliśmy nawet z rady stewardesy, żeby się nie wahać i torować sobie drogę łokciami. W końcu to Ameryka (jej słowa). Niestety, nawet to nie pomogło. Samolot do Cancún odleciał bez nas. Efekt? Noc w zaśnieżonym Nowym Jorku. Na hotelową taksówkę czekaliśmy ponad godzinę. A właściwie przez godzinę szukaliśmy się nawzajem, bo kierowca dostał inne miejsce spotkania niż my. Bez kurtek, bo nikt nie przewidywał takiego obrotu spraw. Zimno, sześciogodzinna różnica czasu i to zmęczenie. Pola już dawno powinna spać. W hotelu szybki, ciepły prysznic i łóżko. Pola zasnęła jeszcze w taksówce, więc zgodnie z tradycją przenieśliśmy ją jak śpiącą królewnę. Wylot do Meksyku dopiero kolejnego dnia, wczesnym rankiem. Start wakacji z przytupem i poczuciem, że los właśnie urządził nam komedię pomyłek.

Poniedziałek 29.12. Lot o 8:00, ale na lotnisku byliśmy już o 5 rano. Pogoda za oknem iście zimowa, więc stwierdziliśmy, że lepiej być wcześniej niż spóźnić się na samolot. Na śniadanie tosty, duża kawa i kieliszek białego wina. Idealny moment, żeby oficjalnie zacząć wakacje. Czterogodzinny lot minął szybko i bez historii wartych osobnego akapitu. Po wylądowaniu, gdy czekaliśmy na bagaże, dostaliśmy wiadomość z hotelu, że ten anulował rezerwację, bo nie pojawiliśmy się dzień wcześniej. Szybki telefon i dosłownie w 5 minut udało się wyjaśnić całą sytuację. Mieliśmy gdzie spać! Ufff! Nikt z nas jednak nie przypuszczał, że zła passa wcale się nie skończyła, a wręcz dopiero się rozkręcała.

Wypożyczalnia aut wzięła pieniądze, ale z samochodem już nie czekała. I tak jak nocleg udało się ogarnąć błyskawicznie, tak z transportem było gorzej. Pół godziny rozmowy z hinduskim konsultantem (bo przez różnicę czasu polskie call center jeszcze spało), którego angielski brzmiał jak zaklęcia z Harry’ego Pottera, a potem i tak musieliśmy wynająć kolejne auto. Kasa miała wrócić, ale w tamtym momencie byliśmy w plecy kilka tysięcy. Wyszliśmy na zewnątrz – gorąco i parno. Bluzy bardzo szybko ustąpiły miejsca koszulkom z krótkim rękawem. W drodze do hotelu złapała nas 15-minutowa ulewa z piorunami w tle, a gdy wyszło słońce, naszym oczom ukazała się meksykańska policja z wydziału antynarkotykowego. Pobocze, kontrola dokumentów, piesek w akcji (Polka nie świadoma całej sytuacji bardzo chciała go pogłaskać). Panowie wyglądali, jakby większość życia spędzili na siłowni, z minami, które nie znają pojęcia „uśmiech”, i bez grama znajomości angielskiego. Poziom stresu: 110 procent. Możecie wierzyć na słowo – taki zestaw powitalny działa jak dzbanek bardzo mocnej, czarnej kawy. Bez cukru i bez mleka. Potem bank zablokował nam kartę, a w hotelu dostaliśmy nie ten pokój, co trzeba (okazał się składzikiem pościeli, ręczników i innych hotelowych gadżetów). Taki poniedziałek po meksykańsku. Zmęczeni, ale na wakacjach. Chcieliśmy jak najszybciej pójść spać i obudzić się w nowej, lepszej rzeczywistości.

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *