Plaża, ocean i magia Disneya

DZIEŃ 15: SANTA BARBARA – KALIFORNIA W WERSJI SLOW 

W drodze do Los Angeles zatrzymaliśmy się na moment w Santa Barbara. Przyjechaliśmy poprzedniego dnia wieczorem, więc spacer po plaży i zachód słońca musiały poczekać. Poranek zapowiadał się dokładnie tak, jak powinien. Dzień zaczęliśmy od śniadania na świeżym powietrzu. Słońce świeciło, ptaszki kręciły się podejrzanie blisko stołu, wyraźnie licząc na okruchy z naszych kanapek. Nawet kawa smakowała lepiej, choć parzona była przez tę samą osobę co zawsze. Po śniadaniu ruszyliśmy zwiedzać okolicę. Polka z mapą w dłoniach wcieliła się w rolę przewodniczki i radziła sobie znakomicie, nawet gdy mapa uparcie pozostawała odwrócona do góry nogami 😉 Najpierw plaża, bo obiecany dzień wcześniej zamek z piasku w końcu musiał powstać. Nasze dziecko ma świetną pamięć i absolutny brak wyrozumiałości dla niedotrzymanych obietnic.

Kolejnym przystankiem była stara, drewniana przystań. Można tam spotkać wędkarzy, popatrzeć na ocean i oczywiście zaopatrzyć się w pamiątki. My wydaliśmy pieniądze na magnesy na lodówkę, upominki dla rodziny oraz nowe okulary dla Polki. Później bez większego planu włóczyliśmy się po mieście, aż nagle trafiliśmy na prawdziwą perełkę architektury – dom Vera Cruz. Budynek zachwyca kolorowymi kafelkami, tworzącymi prace lokalnych artystów, nawiązujące do miejsc, z których pochodzą lub które odwiedzili. To prywatna rezydencja, więc mogliśmy podziwiać ją wyłącznie z chodnika, ale i tak robiła ogromne wrażenie.

Po spacerze przyszedł czas na obiad i chwilę odpoczynku. Na stole pojawiły się krewetki, makaron, sałatki oraz wszystko, co potrzebne do rysowania. Polka niezmiennie powtarza, że kiedyś zostanie znaną artystką i jej obrazy zawisną w galeriach. Trzymamy mocno kciuki. Potem Pola zasnęła na rękach w drodze do hotelu, więc drzemka w pokoju była nieunikniona. To znaczy moi współtowarzysze podróży słodko spali, a ja wykorzystałam moment na krótkie, samotne włóczenie się po mieście i kawę wypitą pod palmą gdzieś na plaży.

Po południu w końcu nadrobiliśmy wczorajszy plan i obejrzeliśmy zachód słońca. Później były szybkie zakupy w pobliskim sklepie, kolacja i sen. Po całym dniu słońce zostawiło nam kilka pamiątek na policzkach i ramionach. Takie ciepłe i lekko piekące wspomnienia z Santa Barbara 😉

DZIEŃ 16: KALIFORNIJSKA DROGA: Z SANTA BARBARA DO LOS ANGELES

Spało się cudownie. Tak cudownie, że aż żal było otwierać oczy. Ale komu w drogę, temu czas. Budzik nie miał litości, a my, jeszcze zaspani, pakowaliśmy ostatnie rzeczy, bo przed nami był powrót do miejsca, w którym wszystko się zaczęło – do Los Angeles. To już naprawdę końcówka naszych amerykańskich wakacji. Taki moment, kiedy z jednej strony chce się zostać jeszcze choć chwilę, a z drugiej powoli zaczyna się myśleć o domu. Zanim jednak wrócimy do codzienności, mieliśmy w zanadrzu małą niespodziankę dla Polki. Disneyland. Tak, ten Disneyland 😍

Po śniadaniu torby wskoczyły do bagażnika i ruszyliśmy w drogę. Południowa Kalifornia przywitała nas słońcem jak z reklamy. Część trasy pokonaliśmy zupełnie normalnymi drogami, resztę legendarną Pacific Coast Highway. Widoki robiły swoje, więc co chwila zjeżdżaliśmy na pobocze. Zatrzymywaliśmy się na plażach, uciekaliśmy przed falami i chłonęliśmy klimat, jakby ktoś miał nam go zaraz odebrać. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Venice Beach. Obiad smakował tam jakoś lepiej, może przez zapach oceanu, może przez piasek w butach. Budowaliśmy zamki z piasku, łapaliśmy witaminę B w ilościach hurtowych i zbieraliśmy muszelki, które oczywiście „koniecznie trzeba zabrać do domu”. Klasyka 😉 Potem ruszyliśmy dalej, w stronę Anaheim. Prawie godzina drogi z Los Angeles, ale powód był bardzo konkretny. Następnego dnia czekało nas spotkanie z Myszką Miki w najstarszym parku rozrywki Walta Disneya. Hotel znajdował się dosłownie rzut beretem od Disneylandu, więc lokalizacja była idealna.

Zanim zameldowaliśmy się na dobre, zahaczyliśmy jeszcze o pobliski market. Zakupy były niewielkie, ale strategiczne. Wiedzieliśmy, że na miejscu ceny będą jak z kosmosu, więc do koszyka trafiła opaska z uszami Myszki Miki oraz koszulka i bluza z jej wizerunkiem. Przygotowania trzeba traktować poważnie. A że były to ostatnie dwa dni w Ameryce, swoje miejsce znalazła także butelka wina. Uwaga: Wojtek został poproszony o dowód potwierdzający pełnoletność 🙈 W większości stanów alkohol mogą kupować i pić wyłącznie osoby po 21. roku życia. +100 do poczucia młodości 😉 Na koniec hotel, kolacja i wielkie przygotowania do jutrzejszego dnia. Emocje rosły, baterie ładowały się na ostatnie procenty, a w głowie kręciła się jedna myśl – jutro będzie bajka. Dosłownie.

DZIEŃ 17: ŚWIAT WEDŁUG MYSZKI MIKI

Pobudka przyszła, zanim w ogóle miała prawo się wydarzyć. Obudziliśmy się jeszcze przed budzikiem. Polka w nocy regularnie sprawdzała, czy to już rano i czy możemy wreszcie ruszać do Disneylandu 🙂 No powiedzcie mi, kto by chciał spać, skoro w powietrzu wisiała bajka? Na śniadaniu okazało się, że nie tylko my mamy ten sam plan. Przy niemal każdym stoliku czaiła się Myszka Miki. Serio. Cała sala ludzi gotowych na spotkanie z nią i całą resztą bajkowej ferajny. Na stół wjechały gofry z bitą śmietaną i sosem malinowym, bo jak szaleć, to na całego. Duża kawa była oczywistością, bo dzień zapowiadał się długi i bardzo intensywny.

Telefony naładowane, kamera gotowa, aparat też. Misja – Disneyland. Start 10:00. Kilka minut spaceru, potem kontrola jak ta na lotnisku. I tu pierwsza ofiara systemu – kijek do kamery. Nie wolno wnosić, bo bezpieczeństwo. Wojtek zostawił go pod ogrodzeniem, wierząc, że wieczorem spokojnie po niego wrócimy. Optymizm to piękna cecha.

A potem, no cóż. Szaleństwo level hard. Od pierwszego kroku czujesz się jak dziecko, jakby lata i wypite kawy nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Wszystko jest kolorowe, dopracowane i tak amerykańsko idealne, że uśmiech sam pojawia się na twarzy. Chodziliśmy jak zaczarowani. Tu piraci, tam kosmos, za chwilę księżniczki, a potem rollercoaster, który wytrząsa z głowy wszystkie zbędne myśli. Ona i On rzucili się na najszybsze karuzele, a ja z dołu dopingowałam, nie dowierzając, że moja czteroletnia córeczka z taką radością pędzi na kolejkach, na które ja sama nigdy nie odważyłabym się wsiąść. Mnie namówili na wirujące filiżanki. Najpierw obracały się leniwie, bo jak się później okazało, trafiliśmy na sam koniec przejażdżki. Kiedy przyszło nowe rozdanie i przyszła nasza kolej, filiżanki ruszały się już w zawrotnym tempie – przynajmniej mnie się tak wydawało. Krzyczałam na całe gardło i piszczałam, jakbym jechała największym rollercoasterem świata. Polka zanosiła się ze śmiechu, a przy okazji uspokajała mnie, żebym się nie bała. Filiżanki. Nigdy więcej😉

Była też uciekająca kolejka Myszki Miki i Minnie. Relaksująca podróż pociągiem nagle zmieniła się w szaloną, swobodną wędrówkę przez nieustannie zmieniające się sceny z kreskówek. Fajnym pomysłem było to, że kolejka traktowała krótkometrażowe filmy z Myszką Miki jak czystą, wyreżyserowaną fikcję, a sama przejażdżka przypominała dosłownie wejście do bajki. Nie powiem, były momenty, kiedy krzyknęłam z nadmiaru emocji. Nie lubię szybkiej jazdy, a dla mnie nawet kręcący się wagonik „wpadający” w tornado potrafi przyprawić o zawrót głowy 🙂

Zupełnie inną bajką było zanurzenie się w podwodny świat „Gdzie jest Nemo”. I to aż dwa razy, bo Pola była zachwycona. Przez iluminatory podglądaliśmy nurków, artefakty na dnie morza i całą ekipę z filmu, a do tego możliwość podsłuchiwania rozmów przez „hydrofony” –  czysta magia. Była energetyczna parada z Myszką Miki, księżniczkami i bohaterami Disneya. Był też najszczęśliwszy rejs świata kanałem Seven Seaways, gdzie prawie 300 lalek Audio-Animatronics śpiewa o pokoju na świecie w swoich językach. Pod koniec naprawdę zaczynasz wierzyć, że świat jest mały.

Po drodze tańce z księżniczkami i drzemka na ławce. Pola potrafi zasnąć wszędzie: słońce, wiatr, miękko, twardo – bez znaczenia. On poszedł po lody i kawę, bo po kilku godzinach chodzenia i stania w kolejkach (w każdej minimum – o zgrozo – 45 minut) organizm potrzebował zastrzyku energii i wołał o litość. Po chwili do drzemki dołączył też Wojtek. Chrapali na zmianę. Ach, ten bajkowy klimat 😉 Po ponad godzinie snu w Polę wstąpiły nowe moce. Dużo śmiechu, trochę krzyku, ciągłe „jeszcze raz!” i robienie zdjęć, bo przecież inaczej się nie liczy. Kompletnie straciliśmy poczucie czasu. Dzień minął szybciej niż kolejka do najpopularniejszych atrakcji (a to już wyczyn). Bajkowe przekąski, kawa w kubkach z Mikiem i totalna beztroska, gdzie jedyny dylemat brzmi: „to co teraz”? Wieczorem magia weszła na najwyższy poziom. Nocna parada, światła, muzyka i fajerwerki nad zamkiem z okazji 70. rocznicy Disneyland Resort. Pola była wniebowzięta. Anna i Elsa z „Krainy Lodu” uśmiechały się do niej i machały na przywitanie. Wydarzenie roku. Opowiadała o tym jeszcze długo po powrocie wszystkim koleżankom z przedszkola 😉

Do hotelu wróciliśmy grubo po 22:00. Ponad 12 godzin w bajce. Wyszliśmy zmęczeni, z obolałymi nogami, ale szczęśliwi jak po najlepszym dniu wakacji. Disneyland to nie tylko park rozrywki. To powrót do dziecięcej radości i dowód, że czasem naprawdę warto dać się porwać bajce. Kijek do kamery? Nie wrócił z nami. Ochrona nie pozwoliła sprawdzić, czy w ogóle jeszcze tam jest. Zasady. Nie drążyliśmy. Czasem lepiej odpuścić. Na koniec kąpiel, łóżko i sen. Bez piosenki na dobranoc…

DZIEŃ 18: GOODBYE AMERICA

Lot mieliśmy po południu, więc bez pośpiechu zjedliśmy ostatnie amerykańskie śniadanie, dopiliśmy kawę i zabraliśmy się za przepakowywanie toreb. Klasyka gatunku: „to się jeszcze zmieści”, „to weźmy do podręcznego”, „a to gdzie było?”. Na pożegnanie obowiązkowy obiad w In-N-Out. Potem lotnisko, nadanie bagaży i moment, w którym dociera do człowieka, że nie ma już odwrotu. Wakacje oficjalnie dobiegły końca.

W samolocie Pola przespała większość lotu. My zresztą też. Na godzinę przed lądowaniem w Warszawie nasza mała Podróżniczka obudziła się głodna jak wilk. Zjadła wszystko, co stewardesa miała pod ręką, i wyglądała na gotową do dokładki. Po wylądowaniu szybki odbiór bagażu, samochodu i ruszyliśmy w drogę do domu. W aucie, mimo zmęczenia i pory zupełnie nieprzyzwoitej dla normalnych ludzi, nie mogliśmy przestać wspominać. Co to były za wakacje. Prawie 3 tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Na zegarkach grubo po północy. Postój na stacji benzynowej i obowiązkowy hot dog z Orlenu. Najmłodsza pasażerka, gdy tylko zaspokoiła swój głód, natychmiast zasnęła. My, z kubkami czarnej, mocnej kawy, dotrzymywaliśmy sobie towarzystwa, żeby nie zasnąć razem z nią. Około 2:30 w nocy przenieśliśmy naszą śpiącą Królewnę z auta do jej łóżka. To już chyba nasza tradycja. Pola, jak zasypia, to można ją rozbierać, przebierać i przenosić bez żadnych protestów. Nawet oka nie otworzy, tylko przewróci się na bok, naciągnie kołdrę po sam czubek nosa i śpi dalej do rana.

Obudziliśmy się w południe. Bez budzika, bez poczucia winy, za to z lekkim zdziwieniem, że świat nadal funkcjonuje, a ludzie od kilku godzin są już „po pierwszej kawie”. Słońce świeciło jakby od dawna, a nasz organizm oficjalnie odmówił współpracy z europejską strefą czasową. Śniadanie zjedliśmy więc na obiad, bo czemu nie. Jajka o 13:00 smakują dokładnie tak samo 😉 Pola wstała w świetnym humorze, jakby wcale nie wróciła z drugiego końca świata. My potrzebowaliśmy jeszcze chwili, żeby przypomnieć sobie, gdzie jesteśmy. Kawa lała się strumieniami, a rozmowy krążyły wokół jednego tematu. Zdjęcia, wspomnienia i niekończące się „a pamiętasz jak…”. Jet lag próbował nas jeszcze podgryzać, ale robiliśmy dobrą minę do tej nierównej walki. Powoli, bez spiny, dokładnie tak, jak powinien wyglądać pierwszy dzień po powrocie z podróży większej niż walizki, które przywieźliśmy. I wtedy pojawił się kolejny dowód na to, że dzieci adaptują się szybciej niż dorośli. Polka nie mogła doczekać się spotkania z koleżankami. Jet lag jet lagiem, zmęczenie zmęczeniem, ale przedszkole to przedszkole. Zaraz po śniadaniu spakowała plecak, bo przecież trzeba być gotową na jutrzejsze wielkie spotkanie z ekipą. Sprawdziła wszystko kilka razy, dorzuciła absolutnie niezbędne drobiazgi i ogłosiła pełną gotowość bojową. My wciąż dochodziliśmy do siebie po zmianie czasu, a ona była już myślami krok dalej. I chyba właśnie w tym momencie dotarło do nas, że naprawdę wróciliśmy do domu. Bo podróże są ekstra, ale własne podwórko i przyjaciele mają jednak wyjątkową moc.

Przeżyliśmy coś, czego nie da się opisać słowami. A mimo to próbujemy, bo inaczej by nas to chyba rozsadziło od środka. 5500 kilometrów, 4 stany (Kalifornia, Arizona, Utah i Nevada) i 9 parków narodowych. Prawie trzy tygodnie w innej czasoprzestrzeni – wskazówki zegarka raz cofały się o godzinę, innym razem przyspieszały, a my po prostu jechaliśmy dalej. Wciąż słyszymy głos nawigacji: „Jedź prosto przez 459 km” – ten bezkres dróg naprawdę poraża. Doświadczyliśmy każdej pory roku – od pustynnego skwaru po śnieg w górach, od wiosennej zieleni po jesienne barwy.

Los Angeles powitało nas słońcem i szerokimi, piaszczystymi plażami. Venice Beach przeniosło nas w kolorowy świat ulicznych artystów, skejterów i ludzi, którzy zdają się żyć wiecznym latem. Napis Hollywood wcale nie jest tak ogromny, jak pokazują go w telewizji. Jedliśmy frytki w najstarszym, wciąż działającym McDonaldzie, w Oatman karmiliśmy osiołki, a w Joshua Tree Pola miała bliskie spotkanie z kaktusem😉. Stanęliśmy nad jednym z cudów świata – Kanionem Kolorado, onieśmieleni jego potęgą. W Kanionie Antylopy zachwycały nas pomarańczowe fale skał, w Bryce – las kamiennych wież, w Arches – tysiące skalnych łuków, a w Zion – przyroda większa niż wyobraźnia. W Monument Valley czerwone skały, horyzont bez końca i cisza tak głęboka, że aż dzwoniło w uszach. Pobiegliśmy tez drogą Forresta Gumpa. W Las Vegas tańczyliśmy przy świetle księżyca, a mimo filmowych skojarzeń wróciliśmy z pełnym uzębieniem i bez nowych tatuaży 😉. Dolina Śmierci – nazwa groźna, ale widoki tak piękne, że człowiek zapomina o upale. W Parku Sekwoi czuliśmy się jak w bajce o olbrzymach (była nawet bitwa na śnieżki). Yosemite – przestrzeń, cisza i spotkanie z niedźwiedziem oraz sarną, która obrzuciła nas spojrzeniem pełnym znudzonej wyższości. San Francisco przywitało nas wiatrem i mgłą, za którą Golden Gate chował się jak nieśmiały gigant. Jeździliśmy autem bez kierowcy, odwiedziliśmy lwy morskie na Pier 39 i przepłynęliśmy na Alcatraz, gdzie echa dawnych historii odbijały się od zimnych murów więzienia. W Santa Barbara budowaliśmy zamki z piasku, a na koniec – wizyta w pierwszym, najstarszym Disneylandzie i spotkanie z Myszką Miki oraz innymi bohaterami kultowych bajek.
Wrócimy na pewno – zostało jeszcze kilka miejsc do odkrycia.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez 5kilometr (@5kilometr)

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *