Kalifornijskie cuda natury

DZIEŃ 11: PARK SEKWOI – SPACER W CIENIU TYSIĄCLETNICH GIGANTÓW 

Z hotelu do Park Sekwoi dzieliły nas prawie dwie godziny drogi. Dzień zapowiadał się słonecznie. Przed wyruszeniem w trasę szybkie spojrzenie na prognozę pogody, bo podróż nauczyła nas jednego: ufać, ale kontrolować. Przewidywania były zgodne – w parku, temperatury nie miały być już tak łaskawe. Brzmiało to jak ostrzeżenie, które oczywiście zignorowaliśmy, bo przecież słońce świeciło, a my byliśmy w dobrym nastroju. Do Park Sekwoi prowadziły górskie serpentyny, na których o pośpiechu można było zapomnieć. Przed nami pojawił się kamper, więc jechaliśmy za nim cierpliwe 20 km/h, udając, że to właśnie tempo idealne. Widoki rzeczywiście łagodziły ból, choć w moim przypadku serpentyny obudziły dawno uśpioną chorobę lokomocyjną. Całą trasę pokonałam więc w milczeniu i totalnym skupieniu, traktując miętowe cukierki jak lekarstwo ostatniej szansy.

W Parku Sekwoi wciąż panowała jesień, choć pani zima już nieśmiało pukała do drzwi. Miejscami zalegał śnieg, więc najpierw była bitwa na śnieżki, a potem ulepi­liśmy bałwana, który dumnie pozował na środku szlaku. Na każdym kroku mijaliśmy tabliczki „Uwaga na misie!” i naprawdę ciężko było je zignorować. Niedźwiedzie wyjątkowo lubią tę okolicę i potrafią otworzyć samochód, jeśli wyczują jedzenie. To nie żart. Jeśli coś pachnie darmową przekąską, drzwi nie są dla nich żadną przeszkodą. Zasada była więc prosta i święta: nie zostawiamy w aucie niczego, co mogłoby sprowokować misiaka do plądrowania naszych toreb.

Jedną z tych atrakcji, obok których nie da się przejść obojętnie, był przejazd przez tunel wydrążony w pniu gigantycznej sekwoi. Drzewo powaliła burza w 1935 roku, a później przerobiono je na naturalną bramę. Wygląda dość zwyczajnie, ale trudno powstrzymać lekki uśmiech, kiedy auto przelatuje przez środek pnia. Każdy pojazd niższy niż 2,4 metra mieści się bez problemu. Wrażenie zostaje, nawet jeśli sam przejazd trwa tylko kilka sekund.  Popołudnie spędziliśmy na Big Trees Trail, krótkim, ponad kilometrowym, utwardzonym szlaku wokół łąki otoczonej sekwojami. Człowiek nie robi tam nic innego, tylko chodzi z zadartą głową i otwartą buzią. Było przytulanie drzew, choć objąć ich oczywiście się nie dało. Trasa idealna także dla najmłodszych piechurów, bo idzie się lekko, a widoki robią całą robotę. Polka była w siódmym niebie i maszerowała jak zawodowiec. Później przyszedł czas na spotkanie z General Sherman, największą sekwoją pod względem objętości. 84 metry wysokości naprawdę robią wrażenie. Zdjęć przy nim nie mamy, bo kolejka była gigantyczna, a my jesteśmy z natury niecierpliwi i szkoda nam było czasu, nawet jeśli drzewo ma generalską rangę. Na koniec zajrzeliśmy do Lasu Gigantów, gdzie sekwoje otaczały nas z każdej strony, a my czuliśmy się jak w bajce o olbrzymach, w której człowiek nagle przypomina sobie, że wobec natury jest tylko drobnicą.

Słońce powoli chowało się za horyzont, a my ruszyliśmy w stronę kolejnego hotelu. Przed nami były aż dwie noce w jednym miejscu, czyli w podróżniczej skali luksus niemalże podejrzany. W planach pranie, przegląd kart pamięci z aparatu i drona, może nawet chwila bez pakowania plecaka co pięć minut. No co tu dużo mówić – luksus pełną gębą 😉 Dwie godziny w aucie minęły szybciej, niż się spodziewaliśmy. Pola zaliczyła solidną drzemkę, my wkońcu przesłuchaliśmy swoją playlistę i nim się obejrzeliśmy, naszym oczom ukazał się hotel. Kolacja, prysznic, łóżko. Ten moment, kiedy ciało mówi „koniec na dziś”, a głowa wyjątkowo się z nim zgadza. Zasnęliśmy z poczuciem dobrze spędzonego dnia, wiedząc, że jutro czeka nas Yosemite. I choć zmęczenie robiło swoje, ekscytacja wygrywała. Nie mogliśmy się doczekać.

DZIEŃ 12: PARK YOSEMITE – TU NATURA NIE BIERZE JEŃCÓW 

Poranek idealny. Bez budzika, bez pośpiechu i bez nerwowego zerkania co pięć minut na zegarek. Pierwszy taki od tygodnia. Obudziło nas słońce i już wtedy wiedzieliśmy, że to będzie dobry dzień. Śniadanie tylko potwierdziło ten scenariusz: gofry, jajecznica i mocna czarna kawa, czyli oficjalny zestaw szczęśliwych ludzi na urlopie. Do Yosemite mieliśmy z hotelu niecałe pół godziny jazdy. Tyle co zdążyłam dopić kawę i już staliśmy u bram jednego z najsłynniejszych parków narodowych świata.

Na rozgrzewkę oczywiście Tunnel View. Sam wjazd to małe show. Najpierw długi, ciemny tunel, a potem nagle bum, kurtyna w górę. Widok jak z pocztówki, tylko większy, bardziej spektakularny i zupełnie bezczelny. Panorama Doliny Yosemite w pełnej krasie: El Capitan, Half Dome i Bridalveil Fall stały przed nami jakby doskonale wiedziały, że są właśnie fotografowane. Nic dziwnego, że to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w USA. Na pamiątkę dorzuciliśmy nawet zdjęcie z lokalną policją, bo czemu nie.

Zaparkowaliśmy auto i ruszyliśmy w stronę szlaku Lower Yosemite Fall. Wizyta przy jednym z najwyższych wodospadów na świecie, to punkt obowiązkowy programu. Całość składa się z trzech kaskad, które razem mają ponad 739 metrów wysokości. Ostatnia z nich, Lower Yosemite Fall, mierzy 98 metrów i robi ogromne wrażenie, szczególnie gdy stoi się tuż pod nią i czuje na twarzy chłodną mgiełkę. Wokół czysta magia: ptaki śpiewały jak na koncercie, natura zachwycała, a Polka, szczęśliwa jak tylko dziecko potrafi, ganiała motyle. W tym ferworze zachwytu wbiła sobie drzazgę w palec. I wtedy zaczęła się akcja ratunkowa godna filmu katastroficznego, tylko bez napisów końcowych. Operacja trwała dwie godziny i wymagała wyprawy do Yosemite Valley Welcome Center. To takie centrum dowodzenia parkiem – informacje, mapy, restauracja, sklep z pamiątkami. Cudów kulinarnych nie było, za to na nasze szczęście znaleźliśmy tam sprzęt niezbędny do przeprowadzenia zabiegu. Misja zakończona sukcesem. Palec uratowany. Oczywiście krzyków było sporo, ale bohaterka stanęła na wysokości zadania.

Gdy emocje opadły, park dorzucił jeszcze bonus. Spotkaliśmy niedźwiedzia, takiego prawdziwego. Chwilę później sarnę, która spojrzała na nas z wyraźnym znudzeniem, jakbyśmy byli kolejną grupą turystów psującą jej idealnie zaplanowany dzień.

Yosemite to jedno z tych miejsc, które bez większego wysiłku skradło nasze serca. Spośród wszystkich Parków Narodowych odwiedzonych podczas naszej podróży po zachodnich stanach, właśnie ten na dobre zapisał się w pamięci jako jeden z najpiękniejszych. Monumentalne skały, widowiskowe wodospady i przyroda dosłownie na wyciągnięcie ręki sprawiły, że co chwilę upewnialiśmy się, czy to nadal rzeczywistość, a nie bardzo dopracowana tapeta. I właśnie z takim lekkim niedowierzaniem w głowie żegnaliśmy park, który jeszcze chwilę wcześniej udawał, że jest snem.

Do hotelu wróciliśmy wieczorem. Najpierw basen z ciepłą wodą a potem pranie, bo deficyt czystych, pachnących skarpetek zaczął przybierać niepokojące rozmiary😂 Ostatnio w takiej pralni samoobsługowej byliśmy w Pizie, podczas naszej rowerowej wyprawy Barcelona–Rzym, jakieś 7 lat temu. Najwyraźniej mamy szczęście do robienia prania w kultowych miejscach😉 Wieczór postanowił jednak jeszcze trochę podkręcić napięcie. Polka zaczęła skarżyć się na ból brzucha, a po kąpieli pojawiła się gorączka. Apteczka poszła w ruch. Zmęczeni podróżą i małymi przygodami po drodze, zakończyliśmy dzień tak, jak kończą się najlepsze chwile w trasie – natychmiastowym snem, bez planów, bez budzika i bez cienia żalu, że to już koniec.

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *