Miasto grzechu i dolina piekła

DZIEŃ 9: LAS VEGAS – MIASTO, KTÓRE NIE ŚPI

Wstaliśmy skoro świt. I tym razem naprawdę nie była to zasługa Poli, tylko nasza, w pełni świadoma decyzja, żeby nastawić budziki wcześniej niż zwykle. Tego dnia czekała nas podróż do Las Vegas – światowej stolicy rozrywki, która przez lata budowała swoją reputację głównie na wszechobecnym i legalnym hazardzie, miasta, którego po prostu nie da się ominąć. A skoro już byliśmy w tej części świata, to grzechem byłoby nie zahaczyć choćby na jedną noc. Godzina drogi i przywitała nas Nevada. Słońce, bezkresna przestrzeń i klimat, który od razu mówił: „będzie się działo”. Obowiązkowe zdjęcie przy znaku „Welcome to Nevada”, bo jak nie ma zdjęcia, to się nie liczy 😉

On koniecznie chciał zobaczyć zaporę Hoovera (można ją zwiedzać na własną rękę i zupełnie za darmo) – mistrzowskie dzieło inżynierów i budowniczych, które powstało w zaledwie pięć lat. Zapora spiętrza wody rzeki Kolorado w rejonie Black Canyon i dostarcza energię elektryczną aż do trzech stanów: Kalifornii, Arizony i Nevady. A że z kierowcą się nie dyskutuje, pojechaliśmy😉 Zapora to obiekt o znaczeniu strategicznym, więc na miejscu czekała nas kontrola bezpieczeństwa (pobieżna, ale zawsze). Podziwialiśmy ją z betonowego mostu. Schodów do pokonania jest sporo, ale w nagrodę dostaje się widoki i bardzo solidny trening na pośladki 😉 Obowiązkowo butelka wody i coś na głowę, bo termometry pokazywały ponad 30 stopni, a przypomnę, że był październik. Pola stwierdziła, że „to coś na dole to nic fajnego”, więc szybkie spojrzenie i ruszyliśmy dalej.

60 kilometrów później – Las Vegas. Autostrady i ulice wyglądały jak jedno wielkie mrowisko. Nawigacja co chwilę powtarzała „zajmij jeden z czterech lewych pasów”, co idealnie pokazuje, jak bardzo rozbudowana jest tu sieć dróg. Brak drzemki u Poli dawał się we znaki, a płacz i marudzenie zdecydowanie nie ułatwiały drogi. Po niespełna 40 minutach jazdy znaleźliśmy się w mieście, które nigdy nie zwalnia tempa i żyje według własnych zasad. Zatrzymaliśmy się w Trump International Hotel – jak szaleć, to na całego. Po otwarciu drzwi do pokoju od razu zrobiło się luksusowo. Widoki z 40. piętra były nieziemskie, a z okien mogliśmy podziwiać Sphere – ogromną multimedialną kulę, wyglądającą jak przybysz z innej galaktyki i kradnącą całe show nocnemu krajobrazowi. Pola po kilkunastu minutach negocjacji w stylu „nie chcę drzemki” w końcu zasnęła, a i my pozwoliliśmy sobie na chwilę odpoczynku. Zwiedzanie miasta zostawiliśmy na wieczór.

Gdy zaszło słońce, zadziała się magia. Neony rozświetlały Vegas tysiącem barw. Daliśmy się porwać nocnej atmosferze, spacerując po Las Vegas Boulevard. To miasto naprawdę nie śpi. Koncerty, show i rozrywka dostępne są tu 24/7, a każdego dnia odbywa się średnio około 300 ślubów – od klasycznych ceremonii w kaplicach, przez te w kasynach i limuzynach, aż po wersje z Elvisem w roli świadka. Zajrzeliśmy też do kasyna, ale tylko przelotem i bardziej z ciekawości niż z nadzieją na miliony – żyłki do hazardu zdecydowanie nie posiadamy 🙂 Swoją drogą, brak zegarów i okien nie jest tu przypadkiem. Wszystko po to, żeby człowiek stracił poczucie czasu i nagle zorientował się, że minęły trzy godziny, a on nadal „tylko się rozgląda”. Tańczyliśmy przy świetle księżyca, jedliśmy lody i poszliśmy na pokaz tańczących fontann przed hotelem Bellagio. Przeszliśmy zaledwie kilka kilometrów, a już nasze zegarki pokazywały kilka minut po północy. Czas wracać do hotelu – zmęczenie dopadło całą naszą trójkę.

DZIEŃ 10: DOLINA ŚMIERCI

Spało się bajecznie. Tak dobrze, że wyjście z łóżka było aktem heroizmu. Niestety przed nami była długa droga i kolejne topowe miejsca do zaliczenia. Jeszcze przed opuszczeniem miasta obowiązkowy przystanek przy znaku „Welcome to Fabulous Las Vegas”. Kolejka ciągnęła się w nieskończoność, więc zdjęcie powstało niemal w biegu, bo cierpliwość to nie nasza najmocniejsza strona 🙂 Potem śniadanie w In-N-Out Burger, kultowej amerykańskiej sieci uwielbianej przez lokalnych. Skąd ta magia smaku? Mięso nigdy nie jest mrożone, w lokalach nie ma mikrofalówek ani zamrażarek, a wołowina jest organiczna, bez dodatków, wypełniaczy i konserwantów. Menu też krótkie i konkretne: Double-Double Burger, Cheeseburger, Hamburger i French Fries. Jeśli więc ktoś chce zjeść szybko, dużo i tanio, In-N-Out wygrywa z McDonaldem bezsprzecznie.

Ostatecznie wyjechaliśmy z Vegas cali, zdrowi, z tym samym uzębieniem i bez spontanicznych tatuaży. Za to z lekko uszczuplonym portfelem, walizką pełną wspomnień, kilogramem zjedzonych lodów i smakiem najlepszego, kolorowego drinka ever 😉Las Vegas nie jest raczej idealnym miejscem do zamieszkania – szansa na przegranie comiesięcznej wypłaty w kasynie jest tu całkiem realna 🙂 Ale jako miejsce na oderwanie się od codzienności? Totalny sztos. Wyznajemy zasadę, że nie wracamy dwa razy w to samo miejsce, ale wyjeżdżając z Vegas stwierdziliśmy jedno – jeszcze tu kiedyś wrócimy😊

Kolejny przystanek – Dolina Śmierci. Miejsce, które jednocześnie zachwyca i trochę onieśmiela. Piękne w surowy, bezkompromisowy sposób, bez obietnic komfortu i bez taryfy ulgowej. Już sama nazwa brzmi jak zapowiedź przygody, która może skończyć się spektakularnie albo przynajmniej z potem spływającym po plecach. To ten fragment Kalifornii, gdzie krajobraz wygląda jak obraz z gry sci-fi, a człowiek co chwilę zastanawia się, czy na pewno powinien tu być. Z Las Vegas to jakieś 130 mil, czyli około 210 kilometrów drogi przez krajobrazy, które z każdym kilometrem robią się coraz bardziej księżycowe.

Pola zasnęła niemal zaraz po opuszczeniu Vegas i przespała całą drogę. Miasto grzechu powoli znikało z pola widzenia, ustępując miejsca coraz bardziej pustynnym krajobrazom. Klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach, a i tak mieliśmy wrażenie, że słońce próbuje dostać się do środka auta siłą woli. Za oknem znów było lato. Takie porządne, bezlitosne październikowe lato (na termometrach ponad 30 stopni). Aż trudno sobie wyobrazić, co dzieje się tu w szczycie sezonu. Prawdziwe piekło. To najniżej położony i zarazem najgorętszy park narodowy Ameryki Północnej, leżący niedaleko granicy z Nevadą. Kraina skrajności, gdzie pustynne pejzaże sąsiadują z ośnieżonymi szczytami gór, a piekące słońce kontrastuje z chłodnymi nocami. To właśnie tutaj, w Furnace Creek, w 1913 roku odnotowano rekordową temperaturę 56,7°C. Wszystko dlatego, że dolina otoczona jest pasmami górskimi, które zatrzymują chmury i opady, a gorące powietrze zostaje niejako uwięzione w jej wnętrzu.

Gdy wysiedliśmy z samochodu przy Mesquite Flat Sand Dunes, uderzenie gorąca było natychmiastowe. Promienie słońca były tak mocne, że okulary przeciwsłoneczne ledwo dawały radę, a piasek wyglądał, jakby zaraz miał się zapalić. Rozległe, złote wydmy o miękkich, falujących kształtach ciągnęły się po horyzont, rzeźbione przez wiatr jak dzieło cierpliwego artysty. Już przy wejściu powitała nas tabliczka ostrzegawcza z informacją, że po godzinie 10:00 warunki mogą być niebezpieczne z powodu wysokich temperatur. Co ciekawe, był tam też napis po polsku, z uroczym, drobnym błędem językowym, który wywołał u nas szczery uśmiech. 😉 Zatrzymaliśmy się również na Zabriskie Point – jednym z najbardziej fotogenicznych punktów widokowych w całym parku. Pofałdowane, kolorowe formacje skalne, szczególnie piękne o wschodzie i zachodzie słońca, wyglądają jak malarskie dzieło natury. Zupełnie inne wrażenia zapewnił Dante’s View, skąd rozciąga się imponująca panorama całej doliny, w tym widok na najniższy punkt Ameryki Północnej.

 

Prawdziwą przygodą, z lekkim dreszczykiem i nerwowym śmiechem w tle, okazała się jednak droga z Doliny Śmierci w kierunku hotelu przy Parku Sekwoi. Przez ponad 100 kilometrów nie mieliśmy żadnego zasięgu. Zero. Dookoła totalne pustkowie i absolutne nic. Ani stacji, ani sklepu, ani śladu cywilizacji. Droga zdawała się nie mieć końca, a my co chwilę zerka­liśmy na wskaźnik paliwa, licząc, że może z czystej litości wyczaruje się tam nagle kilka dodatkowych kresek. Całe szczęście, że zatankowaliśmy wcześniej, bo inaczej czekałaby nas noc na kompletnym odludziu, w towarzystwie kojotów i własnych myśli. Po drodze minęliśmy stare, górnicze miasteczko, wyglądające jak klasyczne miasto duchów. Opuszczone budynki, cisza i klimat rodem z planu filmowego do horroru klasy B. Zaśmialiśmy się, że to zdecydowanie nie było miejsce, w którym chcielibyśmy mieć awarię.

To był długi dzień. Gorący, intensywny i pełen zupełnie nieplanowanego stresu. A jednak jechaliśmy dalej, już spokojniej, a za szybą rozlewał się kalifornijski zachód słońca w odcieniach niebieskiego, różu i soczystej pomarańczy. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. I wtedy pomyśleliśmy, że właśnie tak powinno się kończyć dzień.

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *