Miasto mgły i wyspa bez ucieczki

DZIEŃ 13: PIER 39, GOLDEN GATE I AUTO BEZ KIEROWCY CZYLI NORMALNY DZIEŃ W SAN FRANCISCO

Noc minęła całkiem spokojnie. Na szczęście Polka przestała gorączkować, choć ból brzucha i głowy wciąż o sobie przypominały. Po śniadaniu spakowaliśmy cały nasz podróżniczy dobytek do dwóch walizek i plecaków, zastanawiając się, jak to możliwe, że jeszcze kilka dni temu wszystko jakoś sensowniej się mieściło. Nawigacja ustawiona, cel jasny – San Francisco. Cztery godziny jazdy. Niby niewiele, ale perspektywa kilku godzin w aucie z czterolatką, której nastrój potrafił w każdej chwili przejść w płacz, nie napawała wielkim optymizmem.

Kilometry mijały, krajobraz się zmieniał, a im bliżej Doliny Krzemowej, tym częściej kalifornijskie słońce ustępowało miejsca kłębiastym chmurom. Serio? Nie takiego powitania się spodziewaliśmy. Zamiast pocztówkowego błękitu nieba – mglista atmosfera, jakby San Francisco chciało od razu uprzedzić, że nie wszystko tutaj jest oczywiste. Mimo to jechaliśmy dalej, z nadzieją, że za kolejnym zakrętem znów wyjrzy słońce, a gorsze samopoczucie naszej najmłodszej pasażerki zostanie gdzieś po drodze.

W końcu dotarliśmy. San Francisco przywitało nas chłodem, silnym wiatrem i drobnym deszczem. Pogoda iście barowa. Taka, przy której człowiek powinien siedzieć w pubie z gorącą herbatą albo czymś mocniejszym. No ale przecież nie przelecieliśmy pół świata po to, żeby zamknąć się w hotelowym pokoju. Założyliśmy więc na siebie najgrubsze ciuchy, jakie udało się upchnąć do walizki i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu jedzenia. Wygrała kuchnia włoska, a konkretnie restauracja Fior d’Italia. Jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicy, zajrzyjcie tam koniecznie. Pyszne jedzenie i świetna obsługa.

Po posiłku przyszedł czas na spacer na Pier 39, żeby pokazać Polce wylegujące się na pomostach lwy morskie. One, w przeciwieństwie do nas, kompletnie nie przejmowały się pogodą.

Spacerując po mieście, co chwilę mijaliśmy charakterystyczne białe taksówki Waymo, obudowane specjalnym sprzętem i uwaga – bez kierowcy. Nie mogliśmy nie sprawdzić na własnej skórze, jak na zatłoczonych ulicach poradzi sobie auto przyszłości. Mała uwaga praktyczna. Żeby w ogóle móc przejechać się autonomiczną taksówką Waymo, trzeba pobrać ich aplikację, która dostępna jest wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Przyjeżdżając z zagranicy, trzeba więc ustawić swój Google Play lub Apple Store na USA, inaczej opcji pobrania po prostu nie zobaczycie. Choć autonomiczne samochody wciąż brzmią jak science fiction, w Stanach coraz więcej miast dopuszcza je do ruchu, a ich prawdziwą mekką jest właśnie San Francisco. Samo zamawianie takiej taksówki niczym nie różni się od Ubera. Wybieramy punkt startowy, cel podróży, potwierdzamy i czekamy. Cena zależy oczywiście od dystansu i lokalizacji. Gdy samochód podjeżdża, w aplikacji otwieramy drzwi, wsiadamy, klikamy „start ride” i jedziemy. Auto rusza spokojnie, a my możemy nawet sterować muzyką po podłączeniu własnego Spotify. A sama jazda? Przed startem nie odmawialiśmy pacierza, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się myśl, że może być nerwowo. Jakież było nasze zaskoczenie. Na ulicach San Francisco czuliśmy się tak, jakby auto prowadził doświadczony kierowca z wieloletnim stażem. Po kilkunastu minutach dotarliśmy pod Golden Gate Bridge. Niestety, tego dnia most był spowity gęstą mgłą i chował się za nią jak nieśmiały gigant, który nie miał ochoty pozować do zdjęć. A podobno październik bywa tu jednym z najcieplejszych miesięcy, z umiarkowanymi temperaturami i rzadszymi mgłami. 😉Cóż, ewidentnie mieliśmy pogodowego pecha. Szybkie zdjęcie i ucieczka, bo wiało tak, że wiatr niemal urywał głowy 😉

Wieczorem wróciliśmy do hotelu. Ciepła kąpiel, chipsy na kolację i do łóżka. Jak na nas dość wcześnie, ale następnego dnia czekała nas pobudka o świcie i wycieczka do Alcatraz.

DZIEŃ 14: ALCATRAZ – WAKACJE, Z KTÓRYCH SIĘ NIE WRACAŁO 

Budziki dzwoniły jak szalone, a my nie mogliśmy wstać z łóżek. Wyłączaliśmy je jeden po drugim, ustawiając kolejne drzemki i za każdym razem obiecując sobie, że to już “ostatnie pięć minut”. Oczywiście pięć minut magicznie rozmnażało się do pół godziny. Perspektywa wycieczki na Alcatraz była jedyną rzeczą, która ostatecznie wyrwała nas spod kołdry. Poranek w San Francisco był chłodny i mglisty, jakby miasto specjalnie chciało nas dobić po nieprzespanej nocy. Kawa była koniecznością. Dopiero po niej zaczęliśmy funkcjonować jak ludzie, a nie jak zbiór narzekających cieni. Na prom dotarliśmy bez żadnych problemów, a nawet z lekkim zapasem czasu. Wycieczkę kupiliśmy dzień wcześniej przez GetYourGuide, z którego korzystamy dość często. Wszystko jest tam bardzo przejrzyście opisane, łatwe w obsłudze i bez niespodzianek przy rezerwacji.

Miejsca znane z filmów i opowieści, na żywo działają znacznie mocniej, a Alcatraz jest tego idealnym przykładem. Na ekranie to po prostu kolejny kultowy punkt San Francisco, ale na miejscu szybko wychodzi na jaw, że to nie jest zwykła atrakcja turystyczna do zaliczenia i zapomnienia. Ciężar historii czuć tu niemal od pierwszego kroku, jeszcze zanim człowiek zdąży zrobić pierwsze zdjęcie. To jedno z najbardziej rygorystycznych więzień w USA, zbudowane w 1909 roku i działające w latach 1934–1963, na samotnej, skalistej wyspie zwanej The Rock, około 2,5 km od San Francisco. Sama lokalizacja robi ogromne wrażenie. Trudno tu nawet udawać, że ucieczka była realnym planem, a nie desperacką fantazją podsycaną rozpaczą.
Pogoda idealnie dopełniała klimatu. Było pochmurno, wietrznie i mgliście, a chłodny wiatr znad Pacyfiku potęgował poczucie całkowitego odcięcia od świata. Patrząc w stronę San Francisco i na ledwo widoczne przez mgłę światła miasta, łatwo było wyobrazić sobie frustrację więźniów. Cywilizacja niemal na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie kompletnie poza zasięgiem. Formalnie blisko, w praktyce nieskończenie daleko.
Jednym z charakterystycznych punktów wyspy jest wieża ciśnień Water Tower. Powstała w czasach, gdy Alcatraz nie miało bieżącej wody. Była ona transportowana z San Francisco i pompowana do ogromnego zbiornika, który do dziś góruje nad wyspą. Co ciekawe, wieża, którą teraz widać, została później „ozdobiona” graffiti przez rdzennych Amerykanów okupujących Alcatraz w latach 1969–1971 w ramach protestu przeciwko polityce rządu USA wobec ludności tubylczej. Zwiedzając więzienie, szybko trafiliśmy do głównego korytarza z trzema poziomami i rzędami ciasnych cel. Każda ma około 1,5 × 2,7 metra i na żywo wygląda jeszcze bardziej klaustrofobicznie niż w opisach. Polka, oglądając te mikroskopijne przestrzenie, skomentowała z pełną powagą, że strasznie małe te pokoje, że na łóżkach nie można się wylegiwać, że brakuje obrazków na ścianach i w ogóle jest strasznie brudno 😉 Chwilę później, już z uśmiechem, zaczęła snuć własny plan ucieczki, bo wyobraźni zdecydowanie jej nie brakuje. Gdyby wszyscy więźniowie byli tak kreatywni, Alcatraz miałoby albo dużo ciekawszą historię, albo znacznie większy problem 😉
Warunki na wyspie były surowe i bezlitosne. Silne prądy morskie, zimna woda i wiatr wiejący prosto z Pacyfiku sprawiały, że nawet latem bywało tu przenikliwie zimno. Pozornym „luksusem” były gorące prysznice, ale nie miały one nic wspólnego z troską o więźniów. Chodziło o to, by nie przyzwyczajali się do zimnej wody, co skutecznie obniżało ich szanse na przeżycie w razie próby dopłynięcia na ląd. Najgorsze warunki panowały w podziemnych izolatkach przeznaczonych dla najbardziej nieposłusznych. Brak codziennych posiłków, brak własnej pryczy, łańcuchy, wilgotny beton i skała zamiast łóżka. Do tego tylko jedne odwiedziny w miesiącu.
Alcatraz to także historia ucieczek, a właściwie spektakularnych porażek. Przez 29 lat funkcjonowania więzienia odnotowano 14 prób ucieczki z udziałem 34 więźniów i według oficjalnych raportów żadna nie zakończyła się sukcesem. Jest jednak jedna sprawa, która do dziś pozostaje zagadką. W 1962 roku Frank Morris oraz bracia John i Clarence Anglinowie zniknęli podczas nocnej ucieczki. Wydostali się poza mury, dotarli do zatoki San Francisco i rozpłynęli się w powietrzu. Zostawili po sobie ręcznie wykonane atrapy głów z mydła i papieru. Kilka dni później odnaleziono fragmenty prowizorycznie wykonanego wiosła oraz gumową dętkę, która mogła służyć za kamizelkę ratunkową. Do dziś nie wiadomo, czy utonęli, czy jednak dokonali niemożliwego. Sprawa nigdy nie została ostatecznie zamknięta, a FBI przez lata prowadziło w tej sprawie śledztwo.

Po około dwóch godzinach zwiedzania wróciliśmy promem do San Francisco. Głowy pełne historii, ręce zmarznięte, więc plan był oczywisty i jedynie słuszny. Gofry z cukrem pudrem oraz kolejny kubek gorącej kawy. Dopiero wtedy uznaliśmy, że znowu nadajemy się do kontaktu ze światem. Nie było jednak zbyt wiele czasu na celebrację, bo przed nami kolejny etap podróży. Kierunek Los Angeles, z obowiązkową przerwą w Santa Barbara. Samochodem to prawie sześć godzin jazdy, więc nie w kij dmuchał. Mieliśmy przynajmniej nadzieję, że tym razem przywita nas słońce, a termometry w końcu pokażą lato, a nie pogodę rodem z San Francisco. Dwa dni w Santa Barbara, co w podróżniczym świecie spokojnie można nazwać luksusem. Będzie czas, żeby się wyspać, trochę zwolnić i na chwilę przestać żyć według budzików i kolejnych punktów na mapie.

Ona

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *